Hilton w Amsterdamie zamiast couchsurfingu w Potrugalii | Żbik vs Vueling cz. 1

W tym poście będę Waszą dobrą koleżanką, która radzi wam, żebyście nie latali z Vuelingiem. Więc kiedy już mnie nie posłuchacie, zaufacie tym liniom lotniczym i też się przejedziecie, będziecie śmiało mogli użyć kultowego tekstu „A koleżanka mnie ostrzegała”. Mnie swego czasu kolega też ostrzegał. Jemu na trasie Madryt – Reykjavik bez śladu przepadł bagaż, a pracownicy linii lotniczych nie dość, że zbagatelizowali sprawę to jeszcze co chwilę zmieniali wersję wydarzeń – „Pański plecak poleciał przez pomyłkę do Włoch”, „Został uznany za bombę i zutylizowany, przyślemy Panu rachunek za likwidację”, „Widziano na monitoringu jak jakiś obcy człowiek zabiera Pański plecak”. Kumpel dostał swój plecak po miesiącu. Okazało się, że w ogóle nie opuścił lotniska w Madrycie. Odszkodowania mimo próśb, formularzy i telefonów nie uzyskał, a kosztów tak podstawowych rzeczy jak bielizna, szczoteczka do zębów, śpiwór, które w końcu musiał przez zaistniałą sytuację kupić na miejscu, nikt mu nie zwrócił.

Z góry przepraszam za jakość zdjęć. Gdybym wiedziała, że to będzie jakkolwiek „blogable” moment w moim życiu, chwyciłabym za lustrzankę. Wszystkie zdjęcia stąd powstały w celu relacjonowania perypetii mojemu chłopakowi przez Messengera.

Ale przejdźmy do mojej historii. Po tym jak byłam świadkiem przygód Omara z tą linią, chwilę się wahałam zanim kliknęłam „rezerwuj bilet”. Ale w końcu co złego może się stać? Świetne, bezpośrednie połączenie Amsterdam – Porto, dobra cena, czego chcieć więcej? W końcu chyba nie zawalają każdego lotu, za który się biorą…

Przygoda zaczęła się na lotnisku w Amsterdamie. Kilka godzin wcześniej mój chłopak zażartował:

— Ej, a co jak zgubisz paszport tuż przed lotem?

Co mu miałam odpowiedzieć?

— To… Odprawię się dowodem osobistym?.

Absolutnie nie wzięłam tego na poważnie. W końcu chyba umiem upilnować swojego paszportu? No właśnie, nie umiem. Pół godziny przed planowym zamknięciem odprawy orientuję się, że nie ma nigdzie mojego paszportu. Przeszukałam podręczny plecaczek, duży plecak, kieszenie, teczkę na dokumenty, no nie ma. Ekran odlotów z tykającym zegarem patrzył na mnie złowrogo. Połowa mnie chciała się na miejscu rozpłakać. Druga połowa policzkowała tę pierwszą każąc jej się ogarnąć i działać. Podeszłam do stanowiska informacji cała roztrzęsiona z myślą, że moja nieostrożność może faktycznie kosztować mnie bilet lotniczy, obóz i 2/3 wakacyjnych planów. Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony zza biurka. Ekran komputera oświetlał jego twarz na niebiesko, właśnie odnalazł w systemie mój lot. Odprawiłam się, ale nie na konkretny dokument. Mogę użyć dowodu osobistego bez problemu. Odetchnęłam z ulgą.

Na wejście dowiedziałam się, że mój lot jest dwie godziny opóźniony. Bywa, mam aplikację Netfliksa, pobrałam kilka filmów na zapas, obejrzę po prostu jeden więcej. Kiedy dostałam voucher na 17 euro na obiad, zostałam już definitywnie udobruchana.

Z baru telefon do hostelu. Weryfikacja, numer rezerwacji, numer pokoju. O moim paszporcie nic nie wiedzą. Dla mnie to oznacza podwójną ostrożność, nie mam już back-upu w postaci drugiego dokumentu.

Kiedy tylko pojawiła się informacja, poszłam w stronę gate’u. Kiedy tak tam siedziałam, odezwał się do mnie jeden z Australijczyków siedzących obok.
Przepraszam, byłaś może na Światowym Moocie Skautowym?


Tak! Skąd wiesz? – zaczęłam w pośpiechu skanować jego twarz czy przypadkiem nie był tam moim kumplem albo, co gorsza, kimś kogo niekoniecznie chciałabym znów spotkać.

W tym momencie Mark (przedstawił mi się chwilę potem) pokazał palcem moją koszulkę. „Together We Can CHANGE the World – World Scout Moot 2017”. No cóż, mistrzem kamuflażu nie jestem. Zaraz po Marku do mojego „banku twarzy” dołączyli Tonina, Roy, Corey, Max, Nick, Georgia, Holly, Cory i Adelina (z Rosji). Po raz kolejny zdałam sobie sprawę z nieprzyjemnego faktu. Mój angielski w sali lekcyjnej to godny, potężny, lśniący owczarek niemiecki. Mój angielski w rozmowie z native speakerem to niewielki terierek – hałaśliwy i lubiący się popisywać, ale wrażenia nie robi (chociaż teraz kiedy piszę ten post jest o nieeeeebo lepiej!). Okazało się, że wszyscy jedziemy w to samo miejsce – na ten sam obóz skautowy! Rozmawiając z nimi co chwilę nerwowo patrzyłam w telefon sprawdzając czy ktoś mnie może zaakceptował na couchsurfingu. Plułam sobie w brodę, że nie zabrałam się za szukanie wcześniej.

Godziny mijały. Pasażerowie lotów, które planowo miały się odbyć później od naszego byli wołani na pokład. A my nic. Czekamy. Nasz lot był przekładany na godzinę 17:00. 19:00. 20:00. 21:00. W końcu o 23:00 dowiedzieliśmy się, że nigdzie nie lecimy. Lot został odwołany z powodu braku załogi. Corey poszedł więc do informacji dowiedzieć się co i jak teraz z nami. Po dłuższej chwili wrócił uhahany.
Ziomeczki, zbierajcie się, śpimy dziś w penthousie w Hiltonie!

Nasza reakcja nie mogła być inna.


Ha. No a na serio?


Nie no, poważnie! Śpimy w Hiltonie.

Wtedy wszystko działo się tak szybko. Zmęczenie po całym dniu na lotnisku potęgowało to wrażenie. Nie miała pojęcia, kiedy przyjechał meleks z przyczepą z naszymi bagażami i w jaki sposób nagle znalazłam się w hiltonowym lobby. Absolutnie wszyscy czuliśmy się tam jak niepasujący do układanki element. Wysoki sufit, szkło, luksusowy minimalizm. Czysto tak, że można by jeść z podłogi. I my. W ubraniach trekkingowych, w ubłoconych butach i z plecakami. Nas wszystkich wtedy naszła refleksja jakie życie jest niesamowite, jaki Bóg jest dobry i jak małym pyłem niesionym przez wiatr jesteśmy. Jeszcze parę godzin temu modliłam się o to, żeby jakiś mieszkaniec Porto udostępnił mi kawałek podłogi za pośrednictwem Couchsurfingu żebym mogła się rozłożyć ze swoim śpiworem i karimatą (moim planem B było rozstawienie na dziko namiotu). Teraz okazuje się, że mam spać w Hiltonie, na którego w normalnych warunkach w życiu nie byłoby mnie stać. Szalone.

Okazało się, że musimy zapłacić kaucję za pobyt. 70 euro. Pobyt sam w sobie opłacał Vueling. Moja karta za Chiny nie chciała przejść, nie miałam pojęcia czemu, przecież nie ma szans, że wyczerpałam dzienny limit. Wtedy pojawił się Corey.

— Nie ma sprawy. Zapłacę za Ciebie.

Corey mnie nie znał. Ledwo znał moje imię, parę godzin wcześniej po raz pierwszy zobaczył mnie na oczy. A mimo to bez wahania zaryzykował swoje 70 euro żebym miała tej nocy gdzie spać.

Zapewne pierwsza i jedyna menażka z chińską zupką w tym Hiltonie

Myślę, że wszyscy zasnęliśmy tego dnia bardzo szybko. Przed zaszyciem się w swoim pokoju wymieniłam się facebookami z Roy’em i dodał mnie on do ich konwersacji grupowej na messengerze. Od tej pory w razie kłopotów trzymamy się razem.

***

Obudziłam się bardzo późno, na szczęście na tyle wcześnie by zdążyć na śniadanie. Spotkałam Australię. Umówiliśmy się, że Nick i ja pójdziemy na lotnisko dowiedzieć się, co się z nami dalej dzieje. Dostaniemy zwrot kosztów? A może inny lot? Tam dowiedzieliśmy się, że możemy wybrać – zwrot kosztów i odszkodowanie lub miejsca w innym samolocie do Porto. Nadal marzyła nam się Portugalia więc wybraliśmy to drugie. Dostaliśmy lot na za dwa dni – Australia, wszyscy od nich lecieli na jednym bilecie, lot bezpośrednio do Porto. A ja… Amsterdam – Barcelona. Barcelona – Vigo. I z Vigo (w Hiszpanii) autobus do Porto. Nie byłam zachwycona. Zwłaszcza że w Vigo miałam być równo dwie godziny przed odjazdem z Porto autobusu do Drave (miejsca obozu), a z Vigo do Porto są dwie godziny drogi.

Plecak w moim pokoju

Widok na lobby w dzień

Wróciłam do pokoju hotelowego. Wchodząc na facebooka zobaczyłam nowe zaproszenie do znajomych. Nazwisko pokroju „Chuck Norris” i logo partii Wolność na profilowym. Troll. Ignoruję. Po chwili ów Chuck Norris pisze do mnie na messengerze.
No hej
Cześć, znamy się?
No nie wiem, może z hostelu?

I wtedy mój mózg połączył wątki. W hostelu, w którym spałam w Amsterdamie pracował Polak.

TEN CZŁOWIEK MA MÓJ PASZPORT!

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s