Z wizytą u Siedmiu Sióstr | Brighton i Park Narodowy South Downs

Jest niedziela. Następnego dnia idę do pracy w jednej z najbardziej znanych międzynarodowych korporacji (oczywiście mam na myśli McDonald’s). Wchodzę tylko na stronę z grafikiem żeby upewnić się, na którą mam się stawić.

Twoja zmiana na dzień PONIEDZIAŁEK została anulowana
Twoja zmiana na dzień WTOREK została anulowana
Twoja zmiana na dzień ŚRODA została anulowana

No nie. Nie, nie, nie. Wolne na uczelni. Nie potrzebują mnie w pracy aż do piątku. Zapuszczę korzenie i dostanę na łeb jak będę całe pięć dni kisnąć w domu.

Ryanair.com
Norwegia? Do Mortena?
Dom rodzinny?
Dublin? Od dawna chciałam go zobaczyć.
Kraków i Tatry?

Drogo. Z dnia na dzień się nie kupuje biletów. To może gdzieś niedaleko?

Odpalam apkę AllTrails. Nakładam parę filtrów. Góry, woda, z dala od miasta, trudność: średnie/zaawansowane, długość: powyżej 10 km. Scrolluję. Mam! Wędrówka z Seaford do Eastbourne. 24 km. Teren górzysty, cały czas idzie się wzdłuż urwiska z widokiem na cieśninę La Manche. Godzina pociągiem do Brighton, zwiedzę sobie miasto. Stamtąd godzina autobusem do Seaford. Idealnie!

W pociągu do Brighton.

Wysiadłam na przeuroczym dworcu. Byłam jednak zbyt przejęta perspektywą zobaczenia morza żeby go dokumentować. Od razu udałam się na południe. Tuż przy wieży zegarowej wypatrzyłam sklep ze sprzętem fotograficznym. Szybkie łączenie wątków – może mają te małe, przenośne statywy, na które poluję już od jakiegoś czasu w Londynie! Rzeczy tego typu wolę najpierw wymacać i obejrzeć niż kupować przez internet, choćbym miała przepłacić. Wchodzę i niestety się rozczarowuję.

— Ale wie pani co, jak pójdzie pani tą, o tą ulicą wzdłuż i za spożywczym skręci pani w prawo to jest tam taki mały sklepik fotograficzny. Tam powinni mieć.

Mieli. O połowę tańszy niż w Londynie. Tak miło mnie przywitał Brighton!

Dzień zaczęłam od siedzenia na plaży, wdychania charakterystycznego zapachu morza i wsłuchiwania się w odgłosy wydawane przez mewy. Nie rozumiem ludzi, którzy ich nie lubią. Następnie poszłam w stronę molo. W molo zakochałam się absolutnie od pierwszego wejrzenia! Czas stanął tam w 1957. Jedynym elementem przypominającym mi o tym, że mamy XXI wiek byli turyści z iPhone’ami i moja nieanalogowa lustrzanka, której tam nie wypuszczałam z rąk. Naleśniki, jabłka w karmelu, automaty z piłeczkami na dwudziestopensówki, wróżbici, kataryniarze, hity XX wieku, no bajka.

Przez miasto, prawdę mówiąc, przemknęłam. Myślami byłam już dawno na szlaku, zdobywając wszystkie Siedem Sióstr. Obeszłam wszystkie atrakcje turystyczne, dzięki TripAdvisorowi wymarałam najtańszą pizzę w mieście, na którą miałam wilczy apetyt, wróciłam raz jeszcze na molo i zameldowałam się w hostelu.

Rano zjadłam szybkie śniadanie próbując w miarę możliwości unikać cukru, z którym moim zdaniem Brytyjczycy ostro w swoich posiłkach przesadzają. Najmniej słodkie okazały się płatki miodowe i tosty z Nutellą (alternatywą były dżemy o konsystencji syropu i marmolada). Do stolika w przepełnionej stołówce hostelowej zaprosiła mnie gestem machającej ręki Niemka, która jak się okazało, również uczy się norweskiego i planuje wyjazd na Erasmusa do Stavanger.

Przystanek autobusowy miałam pod hostelem. Za godzinny przejazd do Seaford zapłaciłam tyle, co za przejazd londyńskim autobusem z domu na uczelnię. Viva południe! Przywitało mnie senne brytyjskie miasteczko rodem z angielskich seriali z lat 90-tych, poza sezonem turystycznym praktycznie wymarłe. Już wiem, czemu za nic nie mogłam znaleźć w Seaford hostelu – jedyny nocleg dostępny w mieścinie to malownicze kolorowe domki na wynajem przy samej plaży. Poza sezonem zamknięte na cztery spusty. Rozpoczynam wędrówkę.

Moją największą obawą co do tej wycieczki był brak sprzętu. Wszystkie ubrania trekkingowe, trzylitrowy pojemnik na wodę i namiot zostały w domu w Poznaniu. Wspominałam wtedy swoje pierwsze piesze wędrówki pod skrzydłami 176 Poznańskiej Drużyny Wędrowniczej kiedy to jako nastolatka zdobywałam karkonoskie szczyty w glanach, w spodniach moro i z plecakiem „kostką”, w którym miałam plastikową butelkę Żywca Zdrój. Dotarło do mnie, że nie idę (ponownie) podbijać Camino de Santiago, tylko wybieram się na jednodniową pieszą wycieczkę. W końcu najpotrzebniejsze mam – buty trekkingowe, wygodne spodnie, kurtkę przeciwdeszczową i plecak.

Szybko zostawiłam za sobą panoramę Seaford i pokonałam kilka pierwszych pagórków. Zaliczyłam pierwsze zachwyty kredowymi klifami i widokiem na morze. Aż do słynnych Siedmiu Sióstr szłam praktycznie w tłumie. Większość turystów przyjechała w te strony tylko po to żeby zobaczyć TE siedem klifów. Po cyknięciu zdjęć i oznaczeniu lokalizacji na Instagramie wsiadali w podmiejski autobus i wracali do Brighton (czego w najmniejszym stopniu nie potępiam, w końcu każdy podróżuje na swój sposób.

Panie i Panowie, Seven Sisters.

Seven Sisters było zaiste piękne. Cały czas śledziłam swoją lokalizację posiłkując się aplikacją AllTrails, stąd wiedziałam, że żeby kontynuować wycieczkę, muszę zrobić dodatkowe trzy-cztery kilometry wzdłuż potoku żeby dotrzeć do mostu. Liczyłam, że przy moście zastanę cywilizację, w której będzie mi dane wymienić wodę w mojej butelce. Hostelowa kranówa, obawiam się, świeciłaby w ciemności, bo smakowała chlorem, fluorem i rdzą, dlatego z obawy o zatrucie ograniczyłam picie do niezbędnego minimum.

Widzę wodopój. Napełniając butelkę odbywam small talk z Chińczykiem, który właśnie swoją wędrówkę zaczynał.

— Ale jak to, SAMA? Kobieta? Nie boisz się?

Ech. Myślę, że niejedna kobieta w historii udowodniła, że jesteśmy zdolne do znacznie bardziej epickich wyczynów niż przejście dwudziestopięciokilometrowego szlaku. Ale niektóre stereotypy mimo tego, że mamy 2019 nadal mają się dobrze.

Szlak był tak piękny jak monotonny. Cały czas miałam morze po swojej prawicy, szłam na przemian pod górkę, z górki zostawiając za sobą kolejne grzbiety, od czasu do czasu mijając włochate krowy rasy limousin (co wiem od mojego chłopaka – hodowcy krów norweskich czerwonych), owce i konie. Całą przyjemność z szukania się na mapie i zastanawiania czy na rozwidleniu pójść w prawo, czy w lewo i z wypatrywania oznakowań szlaku odejmował fakt, że cała trasa biegła wzdłuż urwiska. Trzeba by być nieźle utalentowanym żeby się zgubić.

Wybierając ten szlak liczyłam, że nacieszę oko przepięknymi widokami Parku Narodowego South Downs, niestety przez znaczną większość szlaku towarzyszyła mi gęsta mgła ograniczająca widoczność czasem nawet do dziestu metrów. Z jednej strony klęłam pod nosem, że mgła pojawiła się właśnie TERAZ, kiedy tej jeden, jedyny raz przyjechałam tu na spontaniczną wycieczkę. Z drugiej strony to właśnie mgła nadawała wędrówce niepowtarzalny, tajemniczy klimat. Sceneria była rodem jak ze Skyrim.

Erozja klifu odsłoniła dawne królicze nory.

Tak sobie szłam i szłam, przystanki robiąc raczej dla nacieszenia oka tym, co mijam niż dla odpoczynku – trasa nie była wymagająca. Nie miałam internetu, ani zasięgu, więc od pewnego momentu jedyne co wiedziałam o swoim położeniu, to że jestem za połową. Mogłam jedynie zgadywać, czy są to 2/3, czy 3/4. Zaczynało się już robić szarawo. Wiedziałam, że jak nie chcę zmarznąć i polegać na latarce w telefonie (czołówka też została w Polsce) do samego Easbourne to muszę przyspieszyć i odpuścić sobie jakiekolwiek przystanki. Wyjściem awaryjnym było kierowanie się na północ do najbliższej drogi, skąd mogłabym łapać stopa, albo skąd miałabym szansę załapać się na autobus. Tak czy siak, nauczka na przyszłość. Nie ruszyłam późno, przeciwnie, ale mogłam i powinnam była jeszcze wcześniej. Uspokoiłam się znacznie jak doszłam do słynnej latarni morskiej. Wtedy już wiedziałam, że dam radę, lada moment Eastbourne.

Jegomość latarnia morska. Jedyny punkt orientacyjny na trasie.

No nie tak znowu lada moment. Szłam w coraz głębszej szarości, dopingowana stresem i adrenaliną. Jestem z tych szczęśliwców, których strach raczej mobilizuje niż paraliżuje. W każdym razie tak jest w naprawdę kryzysowych sytuacjach. Podjęłam więc decyzję o oddaleniu się od klifów i wędrowania wzdłuż drogi, która w końcu musi prowadzić do Eastbourne. I była oświetlona. Miałam dojść do miasta, gdzie złapię zasięg, tam jak najszybciej odpalić mapy, znaleźć hostel i się na niego kierować. Mijając zajazd z lepszym hotelem i restauracją, widzę po drugiej stronie ulicy na parkingu pod latarnią sylwetkę mężczyzny siedzącego po turecku.

— Hej, idziesz do Eastbourne?
— Tak, czemu? Pytam zachowując dystans. W tej sytuacji jestem skazana na tego człowieka bez względu na jego intencje.
A śpisz może w Youth Hostelu?
Tak, ty też?
To poczekaj, pójdziemy razem

Mówiąc to mężczyzna zrywa się na równe nogi i w ciągu paru sekund stoi tuż przy mnie. Teraz dopiero go rozpoznałam i zrozumiałam, skąd jego otwartość w stosunku do mnie. Toć to ten Chińczyk spod wodopoju!

Okazało się, że zasięg jego operatora działa bez zarzutu i że on nie stracił internetu ani na chwilę. Dokładnie wiedział jak iść. Przed nami było jeszcze niecałe pięć kilometrów. Bardzo mnie ta informacja ucieszyła, nie tylko dlatego, że pięć kilometrów to żabi skok, głównym powodem mojej ulgi było to, że w końcu wiedziałam, gdzie jestem i na czym stoję.

Na imię miał Su. Okazało się, że od Seven Sisters szedł równoległym szlakiem, nieco oddalonym od wybrzeża i że idzie poboczem już od dłuższego czasu. Wyglądał na mojego rówieśnika, okazał się profesorem inżynierem i wykładowcą matematyki na Politechnice w Barcelonie, w której mieszka od ośmiu lat. Mogłabym być jego studentką. Mogłabym gdyby nie to, że odkąd pamiętam nienawidziłam wszelkich nauk ścisłych (chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że w dużej mierze była to kwestia sposobu ich podania). Kiedy powiedziałam Su, że studiuję na University of the Arts i kształcę się na grafika, powiedział że on od zawsze nienawidził lekcji plastyki, bezcelowych wycinanek i że jego umiejętności kończą się na patyczakach. Taka z nas była spolaryzowana para wędrowców po zmroku. Temat rozmowy szybko zszedł na Chiny i Chińczyków, oraz Polskę i Polaków. Su uparł się na skrót przez trawy i chaszcze, więc nie brakowało nam wrażeń podczas tych pięciu kilometrów. W końcu doszliśmy i zjedliśmy razem kolację. To był zdecydowanie najbardziej zasłużony omlet w moim życiu.

Su był w Anglii tylko na trzy dni. Głównym i jedynym jako takim celem jego wycieczki było Seven Sisters, które jak się okazało, było jego podróżniczym marzeniem odkąd dostał stamtąd pocztówkę od przyjaciółki. Miał ją ze sobą, zrobił jej dziesiątki zdjęć porównawczych z Siedmioma Siostrami we własnej osobie.

Następnego dnia powiedzieliśmy sobie tylko szybkie „cześć” i rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Kolejna przelotna znajomość. Kolejny człowiek, którego na 99,9% już w życiu nie spotkam. Z jednej strony nie jestem z tych, którzy uważają, że podróżuje się dla poznanych ludzi, z drugiej doceniam każdą osobę, która mi się przez życie przetoczyła i coś wniosła – wspomnienie, anegdotę, małą myśl, cokolwiek. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s