Noc na ławce w Barcelonie | Żbik vs Vueling cz. 2

Chuck Norris poprosił mnie, żebym pojawiła się tego dnia w hostelu odebrać paszport. Dwa razy prosić nie musiał. Natychmiast sprawdziłam pociągi do Amsterdamu. Pożegnałam się jeszcze z Australijczykami, którzy zostali przeniesieni do innego hotelu. W końcu Hilton to droga impreza, a nasze loty są dopiero jutro. Już mam wychodzić, a do mojego pokoju wchodzi bez pukania pani sprzątaczka. Na mój widok zrobiła oczy jak pięciozłotówki.

Co Ty tu robisz? Przecież miałaś się wymeldować do 10:00 i być przeniesiona do innego hotelu! Jak ja mam tu teraz posprzątać?

Przepraszam, ale parę godzin temu dostałam informację, że mam zostać w Hiltonie jeszcze jedną noc. Proszę, oto mój numer rezerwacji – mówię podając pani kartkę, którą tego rana dostałam od pani z informacji na lotnisku.

Pani pokojówka burknęła coś pod nosem i wyszła. Nie minęły dwie minuty, a sytuacja się powtórzyła. Schodzę więc do hotelowego lobby spytać, co tu jest grane. Recepcjonista spojrzał na mnie zdziwiony.

Co Ty tu jeszcze robisz? Miałaś czas na wymeldowanie się do 10:00. Przykro mi to mówić, ale w takim układzie przepada Ci kaucja.

Kaucja! No właśnie. 70 euro. Oczywiście zwrócę Corey’owi te pieniądze, ale jeśli nie odzyskam ich od Hiltona to dostanę mocno po kieszeni.

Po moich tłumaczeniach i po okazaniu świstka z informacji lotniska pracownik zgadza się zmienić mi godzinę wymeldowania na 17:00, co da mi możliwość odzyskania kaucji. Cóż. Zamiast na dworzec udałam się więc na lotnisko. Za ladą informacji nie stała już ta sama kobieta co rano, a para Azjatów.

Ale dlaczego pani tu? Została przecież pani oddelegowana do innego hotelu.

Tłumaczę parze (na oko) Koreańczyków, że była tu, przy tym biurku parę godzin temu i powiedziano mi, że zostaję w Hiltonie jeszcze jedną noc. Wyciągnęłam do nich rękę z moją kartką z numerem rezerwacji. Spojrzeli po sobie, po czym uśmiechnęli się szyderczo. „Pani, taką karteczkę to sobie pani mogła w Wordzie wydrukować, ona nie ma najmniejszej mocy prawnej”. Niezręczna cisza. Z pewnością w swoich trekkingowych ciuchach wypranych dnia poprzedniego, z plecakiem z którego wystaje namiot i z ubłoconymi butami za kostkę, wyglądam na osobę, która sypia tylko i wyłącznie po Hiltonach i byłaby w stanie sfałszować rezerwację byle się w takim kimnąć. No nic. Od przeuroczych Koreańczyków dostaję świstek z adresem hotelu, do którego zostaję przekierowana. To był ten sam hotel, do którego przesiedlono Australijczyków. Robię więc zdjęcie świstka i wysyłam je całej messengerowej konwersacji. „Dołączam do was!”.

Zrezygnowana przystąpiłam do pakowania. Zwijałam w rulon i pakowałam w plastikowe siatki rzeczy, które parę godzin wcześniej wyprałam w zlewie, pobieżnie ogarnęłam łazienkę, żeby odjąć niepotrzebnej roboty paniom pokojowym, zarzuciłam na siebie plecak i zeszłam do recepcji. Tam czeka (niespodzianka!) jeszcze inny pracownik hotelu! Na moją prośbę o wymeldowanie mnie zrobił tak samo wielkie oczy jak recepcjonista z rana.

Ale dlaczego? Ma tu pani jeszcze całą jedną noc!

Przystąpiłam więc do streszczania panu historii tego dnia, w której recytowaniu osiągnęłam już mistrzostwo. Podałam mu również karteczkę z adresem i numerem kontaktowym hotelu, do którego mnie rzekomo przemeldowano. Przytomny recepcjonista (przytomniejszy niż ja) wpada na pomysł, żeby na ten numer zadzwonić. Drugi hotel, jak można było się domyślić, pierwsze o mnie słyszał. Infolinia Vuelinga konsekwentnie milczy.

Szybki powrót do pokoju. Rozpakowanie i ponowne wywieszanie mokrego prania. Dany znak życia Australijczykom „Jednak tu zostaję”. Mały plecaczek na plecy i na dworzec. Na całą akcję poszło lekko pięć godzin dnia. Pociąg. Widok Amsterdamu nie cieszył mnie ani trochę. Jedną nogą byłam już w Portugalii. Udałam się prostą drogą do hostelu, gdzie czekał na mnie Chuck Norris. Mój paszport był cały i zdrowy!

Stamtąd podskoczyłam do przepięknego kościoła na mszę niedzielną w języku angielskim. Nie mogę odżałować, że nie zrobiłam wtedy żadnych zdjęć, chociaż wybaczam sobie, kiedy przypomina mi się pod jakim byłam wpływem nerwów i zmęczenia. Później zjadłam na trawniku pod Rijksmuseum szybką kolację w postaci arbuza. Moją sielankę przerwał wibrujący telefon. Ktoś dzwoni przez Messengera. Lider z Australii. Odbieram bez wahania.

No hej Dżoana, śmieszna sprawa. Dostałem właśnie e-mail od Vuelinga. Przesunęli nam lot z jutra na ZA DWIE GODZINY. Odprawa na lotnisku kończy się za godzinę. U nas jest waśnie niezła panika. Wszyscy jesteśmy rozsiani po Amsterdamie, jak jedno z nas nie zdąży, bilet przepada wszystkim. Weź sprawdź maila, czy też tak nie masz!

Sprawdziłam. Nie, wciąż lecę jutro. Przez następną godzinę śledziłam konwersację przerażonych Australijczyków próbujących zebrać się do kupy. „Jestem, gdzie stoicie?”, „TU! Pod tablicą!”, „Gee, Regi, gdzie jesteście?”, „Corey, odpisz!!!”, „Gate 21, BIEGIEM!”.

Wróciłam do Hiltonu, wyspałam się i udałam się następnego dnia na śniadanie, na które z wielką łaską zostałam wpuszczona po wytłumaczeniu salowej, że jestem z odwołanego lotu, przysługuje mi śniadanie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że wyglądam jak niepasujący element luksusowego wystroju hotelu. Po śniadaniu udałam się prosto na lotnisko mimo, że lot miałam mieć o 17:00. Nie chciałam ryzykować tego, co Australia dnia poprzedniego, zresztą pociąg do miasta w obie strony kosztowałby mnie 10 euro. Na tylko kilka godzin kiedy już i tak widziałam Amsterdam wzdłuż i wszerz – nie warto. Jak zawsze zaopatrzona w szereg pobranych tytułów na Netfliksie, przeszłam odprawę, znalazłam wygodne miejsce i czekałam. Czekałam aż widzę na ekranie koło gate’u informację, że… MÓJ LOT JEST OPÓŹNIONY. Godzinę. Dwie. Trzy. Nie, nie, nie, nie! Scenariusz się powtarza! Jeśli i ten lot zostanie odwołany, nici z mojego obozu w Portugalii.

Na szczęście i tym razem dostaliśmy vouchery na darmowy posiłek i postanowiłam ze swojego skorzystać. Kupiłam sobie dużą kawę, ciastko i tortillę w Starbucksie i udałam się z powrotem w stronę gate’u. Ku mojemu zdziwieniu gate jest całkowicie pusty. Żywej duszy. Ekran świeci złowrogim napisem „gate closed”. Nie było mnie z zegarkiem w ręku 15 minut, niemożliwe, że tak szybko została podana informacja o boardingu, a ów boarding zdążył dobiec końca. Nie wierzę, przegapiłam właśnie lot, na który czekam koczując przy lotnisku już trzecią dobę! Widzę paręnaście metrów dalej pana sprzątającego i pytam go, czy wie coś na temat lotu do Barcelony. Ten mi odpowiada, że poszła informacja o zmianie gate’u i żebym po prostu sprawdziła tabelę odlotów. Oczywiście. Pomyślałam o wszystkim, ale nie o tym! Gate 17. Idę!

W ten sposób z godziny 10:00 robi się 22:00. Tłum ludzi tak samo sfrustrowanych jak ja przestępuje z nogi na nogę, a widmo odwołania nadal ciąży na naszym locie. Było już wiadomo, że Vueling nie ma wystarczającej ilości załogi żeby obsłużyć nasz lot. Kiedy o 23:00 wszyscy są już pogodzeni z faktem, że kolejną noc spędzą w Hiltonie, pojawia się na białym koniu i z aureolą pilot w towarzystwie dwóch Stewardess. Tłum zaczyna klaskać. Lecimy!

Moje łóżko na parę godzin.

W Barcelonie zamiast o 20:30 lądujemy o 3:00. Lot do Vigo mam o 7:00. Nie ma już mowy o nocnym zwiedzaniu miasta. Wycieńczona padam na ławkę, luzuję prawe ramiączko od plecaka, przepasam go sobie przez ramię i kładę na nim głowę. „Ścielę” sobie ławkę polarem i przykrywam się kurtką przeciwdeszczową. Przypominam sobie dwie poprzednie noce spędzone w Hiltonie i uśmiecham się do siebie.

Budzi mnie budzik w telefonie. Za moment zacznie się boarding. budzę się i półprzytomna idę w stronę gate’u. Ten lot odbędzie się na czas. Co za ulga. W końcu to od niego wszystko zależy. Od kiedy wyląduję w Vigo, będę mieć dwie godziny do autobusu z Porto do Drave. Z Vigo do Porto są dwie godziny drogi.

W Vigo wylądowałam w stanie psychicznym „podchodzisz do mnie na własne ryzyko”. Jak zostałam poinformowana przez panią zza biurka Vuelinga na lotnisku w Amsterdamie, w Vigo muszę się udać do stanowiska Vuelinga i tam załatwią mi busa/taksówkę/prom kosmiczny do Porto. Iberia, Ryanair, Air Cairo, jakieś małe czartery, Vuelinga nie ma. Jest za to afisz z numerem kontaktowym do ich jakże pomocnej infolinii. Podchodzę więc do stanowiska pierwszej linii z brzegu, może nie umiem szukać? Może gdzieś jest ich więcej?

Przepraszam, nie wie Pani może gdzie znajdę biurko Vuelinga? Powiedziano mi, że mam się do niego udać, muszę się dostać do Porto.

Ale Vueling nie ma stoiska na tym lotnisku. Może pani za to spróbować zadzwonić na infolinię.

Myślałam, że się z miejsca zapłaczę. Poprzedniej nocy spałam tylko trzy godziny na ławce i zaliczyłam dwie płytkie drzemki w samolotach i właśnie od trzech dni zamiast bezpośredniego lotu do Porto, przeżywam istną odyseję. I to wszystko na nic, bo nie ma szans, że zdążę na autobus do Drave. Pani zza biurka widząc moją reakcję, skrzywiła się tylko i spytała, o co chodzi. Po wysłuchaniu mojej całej historii, której nie będę w tym miejscu znowu streszczać, powiedziała, że jej przyjaciel jedzie właśnie do Lizbony w sprawach służbowych i mógłby mnie podrzucić do Porto. Oczy mi zaświeciły odbitym blaskiem światełka w tunelu. Jest nadzieja! Pani chwyciła za telefon i odbyła krótką rozmowę w języku Portugalskim.

Będzie tu za piętnaście minut – powiedziała.

I był. Człowiek, którego widziałam po raz pierwszy na oczy, z którym nie miałam wspólnego języka, porozumiewaliśmy się na migi, bezinteresownie zjechał z trasy żeby odebrać mnie z lotniska, żeby potem ponownie zjechać z trasy i mnie wysadzić w Porto.

Przez półtorej z dwóch godzin podróży potwornie chciało mi się do toalety, ale przez barierę językową, fakt że nie chciałam robić kłopotu, ale głównie przez to, że te pięć minut, które zajęłoby mi załatwienie potrzeb, mogłoby się okazać pięcioma minutami jazdy za dużo. Czas mijał, a ja biernie siedząc na miejscu pasażera, coraz bardziej i bardziej się stresowałam. Przez całą drogę kompulsywnie patrzyłam na zegarek. Czasu mieliśmy „na styk”.

Dotarliśmy. Zasypywałam swojego wybawcę „obrigadą”, „dziękuję” było jedynym słowem, które znałam po portugalsku. No tak, ale autobusu nie ma. Spóźniłam się na bank. Z Australią cały czas byłam w kontakcie, do tej pory tylko życzyli mi powodzenia, bo cóż więcej mogli zrobić. W końcu autobus do granic wypełniony skautami podjechał do zatoczki. Okazało się, że krążył od jakiegoś czasu wokół lotniska, żeby nie blokować miejsca. Koledzy Australijczycy przekonali kierowcę żeby na mnie zaczekał, w końcu nikt poza skautami tam nie jechał. Kiedy wsiadłam, wszyscy zaczęli klaskać. Od tych, których jeszcze nie znałam słyszałam „Ooo, to jest ta słynna Dżoana!”.

O moich przygodach w samym Drave napiszę kiedy indziej, tymczasem bardzo cieszę się, że tu jesteś i mam nadzieję, że jeszcze tu zajrzysz! Dopiero zaczynam, więc docenię każdy komentarz i uwagę na temat tego, co jeszcze mogłabym w tym blogu ulepszyć!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s