Pojechałam na obóz skautowy z Norwegami i nie mogłam wyjść z podziwu. | Norweski skauting (obóz)

O beztroskim (z naszej perspektywy) podejściu Norwegów do kwestii BHP, pisałam już w poście „Kogo mogę pozwać? | Obóz skautowy w Norwegii” [KLIK]

Cześć, jestem Asia i udało mi się w tym roku wkręcić na obóz skautowy w Gran w Norwegii. Przez pięć dni (bo potem musiałam niestety śmigać na obóz moich zuchów w Polsce) miałam okazję uczestniczyć w warsztatach, wymieniać doświadczenia z liderami grup i czerpać garściami z obozowego życia. Moim głównym zadaniem było prowadzenie i zaopatrywanie sklepiku na bazie.

W tym poście postaram się zawrzeć wszystkie moje zdziwienia i zachwyty przeżyte podczas tego obozu. Rzeczy, których moglibyśmy się od Norwegów uczyć, oraz te, nad którymi możemy unieść brew i powiedzieć „Jak to dobrze, że u nas jest inaczej!”. Zapraszam do lektury!

1. Kwaterka/pionierka jest obowiązkiem wyłącznie kadry i wędrowników.

W dzień przyjazdu pomagałam drużynie wędrowniczej z Fevang w rozstawieniu namiotu kuchennego. Kto taki rozstawiał, ten wie, że jest to operacja na pół godziny dla kilkunastu osób. W tym czasie młodsi harcerze siedzieli na plecakach i puszczali na JBL-ach Billie Eilish. Kiedy spytałam innych wędrowników, czemu tamci nam nie pomagają, w końcu razem skończylibyśmy szybciej, usłyszałam „No weź, przecież to są dzieci. Nie umieją rozstawiać namiotów, ani budować z żerdzi!”. No tak, ale siedząc z boku na pewno się nie nauczą.

Sklepik obozowy, za który z Mortenem i Nicki byliśmy odpowiedzialni.

2. Zuchy nie jeżdżą na obozy.

Ten temat wypłynął w rozmowie z liderami. Czemu nie ma zuchów? Przecież Norwegowie mają odpowiednik tej metodyki. Kilku przedstawicieli kadry powiedziało mi nawet, że prowadzą gromady zuchowe. Dowiedziałam się, że zuchy są znacznie za małe, zbyt niezdarne i niedojrzałe na obozy. Weszłam z nimi w polemikę mówiąc, że z nami jeżdżą nawet sześciolatki i nierzadko świetnie sobie radzą. Dano mi do zrozumienia, że w takim razie my, polska kadra zuchowa, gramy w życie na poziomie HARD.

Druh drużynowy w swoim imponującym „kocu obozowym”.

3. Koce obozowe.

Każdy harcerz jest w posiadaniu „koca obozowego”. Jest to polarowe poncho, na które naszywa się wszystkie plakietki, które już nie mieszczą się na mundurze. Jego plecy najczęściej zdobi logo drużyny, lub organizacji skautowej, oraz imię właściciela. Żeby owe koce były jednolite, najczęściej do ich produkcji zatrudnia się mamę (o żadnym tacie nie słyszałam) jednego ze skautów, a ich cena ze względu na jakość materiałów i wykonania (służą dziesięcioleciami) jest raczej wyższa niż niższa. Są bardzo ciepłe, niezwykle wygodne i całą drużyną wygląda się w nich świetnie. Ich jedynym minusem jest ciężar i fakt, że zajmują dość sporo miejsca w plecaku.

Widok na obozowisko od strony jeziora.

4. Nie ma starych namiotów, nie widać starego sprzętu.

Nie ma namiotów typu NS. Skauci śpią albo w wigwamach (jeśli drużyna ma na stanie), albo w prywatnych namiotach i dobierają się w pary, trójki, czwórki na długo przed obozem. Nie ma też kanadyjek, każdy śpi na ziemi. Osobiście wolę nasze podejście do tematu. Nikt nie ma „fajniejszego namiotu”, ani „więcej miejsca”. Choć z drugiej strony jeżdżąc z prywatnym sprzętem, śpi się w lepszych jakościowo namiotach. Nie jadą na obóz dziurawe, śmierdzące, przeciekające, ani takie z wyrysowanymi penisami.

Zauważyłam też, że nie widziałam ani jednej siekiery z brudnym, drewnianym trzonem, tylko nowiutkie fiskarsy. Później dotarło do mnie, że to nie jest sprzęt jednostek. Wielu skautów przywiozło sprzęt z domu. Nie obciążało to ich pleców, bo rodzice dowozili dzieci na miejsce obozu samochodami, na własną rękę

Tłum skautów podczas „ogniska”.

5. Nie ma ognisk, są tylko ich marne odpowiedniki.

Ten element chyba mnie bolał najbardziej. Podczas obozu nie mieliśmy ANI JEDNEGO ogniska. Mianem „ognisk” określało się siadanie w kocach obozowych na pagórku, branie po kilku chętnych do każdego pląsu i pląsanie. Od czasu do czasu jakiś przedstawiciel kadry coś zaśpiewał, ale jako takich śpiewanek też tam nie doświadczyłam. Kiedy spytałam, czemu nie rozpalimy prawdziwego ogniska, w końcu na bazie było miejsce ogniskowe, a norweskie przepisy w tym temacie są bardzo liberalne, usłyszałam, że przecież ogniska są SZALENIE NIEBEZPIECZNE. Bo co jak na jakiegoś harcerza spadnie iskra? I co jak inny będzie chciał sprawdzić, czy faktycznie jest gorące i się poparzy? Nawet usłyszałam, że my, Polacy, jesteśmy nieodpowiedzialni organizując dzieciom ogniska.

Główny budynek bazy Nordtangen.

6. Narady kadry odbywają się podczas ciszy poobiedniej.

Zamiast omawiać kwestie organizacyjne po 22:00, jak już skauci pójdą spać, kadra na półtorej godziny w ciągu dnia zamykała się w głównym budynku bazy. Uczestnicy obozu wówczas mieli „pół godzinki dla słoninki”. Z jednej strony wierzę, że takie rozwiązania mają zbawienny wpływ na jakość i długość snu, jednak podsumowywanie dnia po jego zakończeniu i planowanie kolejnego, wydaje mi się bardziej logiczne. Zresztą nie wyobrażam sobie pozbawienia się jedynej w ciągu dnia realnej przerwy od pracy, jaką jest pół godziny po obiedzie.

Kadra i skauci odprawiani na wędrówkę.

7. Zajęcia na ogół organizowane są całą bazą, nie w podobozach.

Jak trwa majsterka, skauci przemieszczają się swobodnie z podobozu na podobóz, na każdym z nich można zmajstrować coś innego. Każdy ma prawo wybrać, co chce zrobić. Nie musi się trzymać drużyny, ani zastępu. Jak trwa „ognisko”, cała baza bawi się wspólnie. Nie widziałam sytuacji, w której jakaś drużyna organizowałaby swoje własne. Jak idziemy na wędrówkę, a jest to gigantyczne przedsięwzięcie, wychodzimy całą studwudziestką.

Zastanawiałam się nieraz, jak takie rozwiązanie zafunkcjonowałoby u nas. Czy gdyby nasi harcerze mogli wybrać, na jakie zajęcia pójdą i czy na nie w ogóle pójdą, przeżyliby najfajniejszy obóz na świecie, doceniając daną im wolność, czy przesiedzieliby całe turnusy na kanadyjkach?

Głównym minusem tego rozwiązania, moim zdaniem, był całkowity brak kontroli nad indywidualnymi harcerzami. Głośnym echem na bazie odbiła się sprawa kilku harcerzy starszych, którzy zerwali się na całe popołudnie na wagary do pobliskiego miasta. Zostali przyłapani tylko dlatego, że kolacja wyjątkowo odbyła się pół godziny wcześniej.

Wędrownicy i jedna z zabaw w trakcie „ogniska”.

8. Obozy, ani drużyny nie są tematyczne.

Opowiedziałam Norwegom, jak to działa u nas – powinno się stawiać cele wychowawcze, realizować je poprzez program, a inspiracją do tworzenia programu powinna być tematyka. Norweskie drużyny nie mają nazw, bohaterów, ani obrzędowości. Mają jedynie nadany numer, a funkcję nazwy drużyny pełni nazwa miejscowości, w której dana jednostka zbiórki. Tak więc u nas na obozie były „Fevang” (pod której skrzydłami oficjalnie się znajdowałam) „1 Sandefjord”, „Stavern”, „Horten” i „Tønsberg”. Tematem obozu był… obóz. Majsterki, wędrówki, mundury, namioty, „ogniska”, kąpiel w jeziorze i warty. Ich zdaniem my stawiamy zbyt duży nacisk na formalizm i nauczanie, a w końcu obóz powinien być dobrą zabawą i odpoczynkiem po pracowitym roku szkolnym.

9. Ich „podchodzenie” jest bardzo specyficzne.

Jak zawsze kiedy w śpiworze jest ciepło, miło i wygodnie, pęcherz zmusił mnie do spacerku do latryny koło 4:00 nad ranem. Na dachu latryn zastaję dwa metrowe, drewniane wieloryby, maskotki „1 Sandefjord”. Widzę jak stół i krzesła jednego z podobozów dryfuje jak gdyby nigdy nic na platformie na jeziorze. Winszuję, wciągnięcie tam tego wszystkiego, w dodatku w nocy, musiało być nie lada wyzwaniem. Banery jednostek są pozamieniane.

Później dowiaduję się, że kilku wędrowników zeszłej nocy „podchodziło”, czyli zebrało się ekipą i zrobiło na bazie zamęt. Nocni wartownicy nie musieli nikomu myć menażek, bo nie ma wart nocnych. Podchodzenie nie jest emocjonującą grą, która ma przegranych i zwycięzców. Jest jedynie zabawą.

***

Na koniec zaznaczę, że nie wszystko, o czym piszę, musi być prawdziwe dla całej, pięciomilionowej Norwegii, w końcu miałam styczność tylko ze skautami z rejonu Vestfold. Wszystkie swoje wątpliwości starałam się konsultować, jednak jeśli w swoich obserwacjach popełniłam jakiś kardynalny błąd, proszę uprzejmie o wytknięcie mi go w komentarzu.

Dziękuję serdecznie za zajrzenie i gratuluję tym, którzy dotrwali do końca!

Napisałam ten tekst w ramach próby na stopień Harcerki Orlej (tak, wiem, dwadzieścia okrążeń wokół słońca, stopień instruktorski, sześcioletni staż pracy z zuchami, a na mundurze nadal dwie belki). Jest to drugi post o norweskim skautingu, w planach mam jeszcze trzy, ale planuję kontynuować serię do wyczerpania tematów. To tyle na dzisiaj. Do zobaczenia wkrótce! |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s