Robiłam zdjęcia na ślubie za kołem podbiegunowym!

Ta przygoda niedługo będzie przeżywać miesięcznicę, ale dopiero wczoraj uzyskałam zgodę na publikację zdjęć. Parę miesięcy temu zostałam zaproszona na ślub mamy przyjaciela Mortena jako jego „plus jeden”. Wówczas byłam pewna, że ceremonia odbędzie się tu, w Sandefjord. Okazało się, że młoda para zaprasza wszystkich na zapomnianą przez Boga i ludzi wysepkę Krøttøya leżącą na wschód od archipelagu Lofotów.

Po lewej granica Lofotów. Krøttøya zaznaczona krzyżykiem.

Pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że robię zdjęcia, a państwo młodzi szukają fotografa. Kiedy byłam u nich w domu, a ich samych widziałam po raz drugi w życiu, panna młoda zagadała do mnie, że widziała mój profil na Instagramie i chciałaby, żebym to ja robiła zdjęcia na ślubie. Szczerze mówiąc, zamurowało mnie. Nie miałam żadnego doświadczenia z fotografią ślubną, może tylko co nieco z reportażem. Co więc sprawiło, że państwo młodzi postanowili wybrać mnie?!

W każdym razie zgodziłam się. Ahoj przygodo!

Lecieliśmy tam z Sandefjord do Tromsø, z Tromsø do Evenes, z Evenes złapaliśmy autobus do Harstad, żeby wsiąść na statek, który łączy wszystkie większe wyspy ze stałym lądem i sobą nawzajem.

Port na wyspie przypominał scenerię filmową oglądaną z perspektywy fotelu kina studyjnego. Gigantyczna, bezludna przestrzeń z widokiem na ocean i okoliczne wysepki. „Krøttøya” napisane szeryfowym fontem farbą olejną na desce o nieregularnym kształcie, nieaktualne plakaty o wielorybim safari, przytulna poczekalnia z telefonem pamiętającym Zimną Wojnę, góra śmieci czekających aż jakiś statek się nad nimi ulituje i je zabierze i prywatna taksówka z przyczepą. Wsiadamy. Płacimy 50 koron od osoby (25 zł).

W rozmowie wyszło, że niemówiący po norwesku kierowca jest mieszkającym od jedenastu lat na wyspie Polakiem. Odwiózł nas na miejsce wesela, pokazując po drodze okoliczne atrakcje – koralowe plaże, pub, najwyższe góry. Widoki absolutnie nieziemskie.

Na miejscu zastaliśmy rachityczny, biały domek z azbestową okładziną. Swego czasu mieszkali tam rodzice pana młodego, od wielu lat jest już tylko domkiem letniskowym. Nad oceanem był rozstawiony biały namiot imprezowy. Pięćdziesiąt metrów dalej stała latryna. Zostaliśmy odprowadzeni na pole namiotowe.

Widok z latryny.
Pan młody, traktor i dzieci.

Naszym głównym środkiem transportu po wyspie był dwukołowy traktor z przyczepą. Poza naszym taksówkarzem, ani razu nie minęliśmy samochodu, a jedynym znakiem drogowym jaki wypatrzyliśmy był „zakaz wjazdu, teren wojskowy”. Przemieszczaliśmy się dowolnym tempem. Jak to ujął Eddie „Jak na Lofotach ktoś popełni przestępstwo, nikt tego nie zauważy. Jak zauważy to nie podkabluje, bo zapewne tajemnicą poliszynela jest, że ten człowiek ma w piwnicy bimbrownię. A jak już podkabluje to o ile to nie będzie gwałt, albo morderstwo, policja machnie na to ręką, bo nie będzie im się chciało przyjeżdżać”. Ów traktor i jego przyczepka były atrakcją numer jeden dla dzieciaków, które pan młody, ku ich uciesze, woził w tę i z powrotem

Po południu jak już się zadomowiliśmy, zauważyłam zbiegowisko koło szopy. Zaciekawiona podeszłam. Cztery osoby przygotowywały utuczonego, świeżo ubitego prosiaka na jutrzejszy obiad

Później dowiedziałam się, że ów prosiak nie był pierwszym lepszym nabytkiem z rzeźni. Wabił się Rambo, mieszkał u mamy panny młodej i jak jeszcze żył, miał wszystkie wygody, przyjemności i przekąski, o jakich świniak może marzyć. W końcu musiał być tłusty, od urodzenia był przeznaczony na ten ślub. W Norwegii hodowla „świątecznych świń” to dość popularna praktyka, wydaje mi się, że znacznie popularniejsza niż w Polsce.

Noc była słoneczna (niech żyje dzień polarny), poranek niestety pochmurny. Zanosiło się na deszcz. Rambo znalazł się na ruszcie i dostałam odpowiedzialne zadanie łapania do garnka ściekającego z niego oleju.

Po późnym śniadaniu, nadszedł czas na ceremonię. Goście udali się na plażę, na której ta miała się odbyć. Przyjaciel rodziny grał „Into My Arms” Nicka Cave’a na gitarze. Ja ustawiałam dwa aparaty — ten, którym będę robić zdjęcia i ten, którym będę nagrywać. Państwo młodzi chcieli mieć całą ceremonię na taśmie. Dzieci brodziły w wodzie. Wszyscy czekaliśmy na przyjście panny młodej.

Miała długą, białą, bardzo kryjącą i staromodną suknię. Po babci. W lekko splecionych włosach miała polne kwiaty, w rękach trzymała bukiet, który godzinę wcześniej uzbierały dla niej dzieci. Pan młody popłakał się ze wzruszenia na jej widok. Wyznała mi później, że to było straszne uczucie — stać tam i nie móc go wtedy przytulić.

Świecka ceremonia trwa. Urzędnik wygłasza przemówienie. Ja tymczasem przeżywam największy stres od czasu matury z matematyki. Lustrzanka mająca nagrywać, odmawia współpracy. Myślę sobie „Cholera, mogłaś się popsuć w naprawdę DOWOLNYM momencie w historii, ale nie TERAZ!!!”. Szybko prowizorycznie ustawiliśmy telefon Mortena nagrywający w HD. Zdjęcia ślubne to jednak ogromna presja. Te osoby pobierają się tylko raz, a ty i twoja niezawodność jesteście jedyną polisą na to, że ten dzień zostanie uwieczniony.

Więc chodzę. Zmieniam obiektywy. Wraz z obiektywami i ogniskową, zmieniam ustawienia aparatu. Czekam na właściwe momenty. Klnę pod nosem jak je przegapię. Mamy to. Po ceremonii para młoda i świadkowie zostają na krótkiej sesji zdjęciowej. Następnie wszyscy udajemy się na obiad i poczęstunek.

Ujęło mnie to, że ślub i wszystko wokół niego było tak przyjazne dla środowiska jak się dało. Zero waste kończyło się dopiero tam, gdzie zaczynałoby się użycie wody, a ta na wyspie jest na wagę złota. Poważnie. Mogliśmy pić colę ze zwrotnych puszek i piwo ze zwrotnych butelek do woli, a słodka woda stała w dzbankach tylko od czasu do czasu. Ponieważ mycie naczyń nie wchodziło w grę, te były drewniane, nie plastikowe. Para młoda prosiła o niedawanie im żadnych prezentów, w końcu mają wszystko, czego do życia potrzebują. Wszystkie dekoracje były zrobione z tego, co leżało wokół — z polnych kwiatów, ziół i muszli z plaży. Większość jedzenia była ręcznie uprawiana i przyrządzana przez rodzinę i przyjaciół. Śmieci były segregowane do biodegradowalnych worków. Tak się to robi!

Wieczór minął nam na świętowaniu. Następnego dnia wrzuciliśmy bagaże na przyczepę traktora, a sami ruszyliśmy do portu pieszo. Nie chciałam się jeszcze żegnać z Krøttøyą, ale nie było wyjścia, trzeba było wracać do domu, do Sandefjord, do pracy i codzienności. Tej nocy rozbiliśmy namiot na dziko w okolicy lotniska, żeby z samego rana móc się spakować i wsiąść do żelaznego ptaka.

***

EDDIE, ZWOLNIJ!!! DO JASNEJ CHOLERY, ZABIJESZ NAS! OBIECAŁEŚ, ŻE BĘDZIESZ JECHAŁ POWOLI!!! wrzeszczałam. Eddie mnie nie słyszał, oboje mieliśmy na głowach kaski motocyklowe.

Od ślubu minęły dwa tygodnie. Para młoda wróciła do domu niedawno, zostali na wyspie jeszcze ponad tydzień. Mi ten czas zleciał na obrabianiu, tworzeniu presetu, żeby zdjęcia wyglądały spójnie i na montowaniu filmu. Świeżo upieczona żona nie mogła się doczekać, żeby zobaczyć efekty mojej pracy, a jedyną osobą, która była wtedy w stanie mnie podwieść do miejscowości, w której mieszka, był jej syn Eddie.

Miałam wsiąść na motor po raz drugi w życiu i po raz pierwszy jechać w trasę, zamiast robienia ósemek na podjeździe. Zajęłam siedzenie pasażera.

Trzymaj się mocno udami. Obserwuj moje ruchy i pochylaj się zawsze w tę stronę, co ja. I nie bój się. Wiem, co robię. Będę jechał powoli
Wtedy jeszcze się nie bałam, ale jak dojechaliśmy na miejsce, byłam kłębkiem nerwów.

Miałam w planach jedynie przekazanie zdjęć i powrót. Ostatecznie zostałam poczęstowana kawą i obiadem. Jak tylko panna młoda zorientowała się, że jestem jakkolwiek zainteresowana tematem podróży, otworzyła przede mną cały album z czasu kiedy przez pół roku była pielęgniarką w Tanzanii, dopowiadając do każdego zdjęcia historię i streszczając życiorys każdej osoby na nim zawartej. W końcu przyszedł czas na to, po co tam przyjechałam — zdjęcia ślubne. Przeglądałyśmy je, komentowałyśmy, obrobiłam kilka wybranych dodatkowo. Kamień mi spadł z serca, jak usłyszałam, że bardzo się jej podobają. Potwornie się tym stresowałam, w końcu to było moje pierwsze ślubne zlecenie. Usłyszałam nawet na koniec „Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się zatrudnić właśnie Ciebie”.

I tak minęły nam całe popołudnie i wieczór. A morał tej historii brzmi: warto mówić „TAK” szalonym propozycjom. Czasem kryją się za nimi przygody życia. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s