Biwak za jeden uśmiech | Norweski skauting (finanse)

Flaga Norwegii obowiązkowy element przedsionka każdej harcówki i tradycyjnego norweskiego domu.

Ostatnio odbyłam bardzo interesującą rozmowę na temat harcerstwa i skautingu z bratem Mortena. Padł temat finansów jednostek i w tym miejscu w końcu miałam szansę rozwiązać nurtującą mnie kwestię iPada. Dowiedziałam się, że raz na rok skauci płacą składkę wysokości 500 koron (ok. 250 zł) na pokrycie kosztów ubezpieczenia i działania władz organizacji. Czyli tak jak u nas. Poza tym drużyny, ponieważ liczne jak szczepy, prężnie angażują się w akcje zarobkowe takie jak pakowanie zakupów, smażenie gofrów przy wyjściach z supermarketów, czy jakże stereotypowe sprzedawanie ciasteczek. Norweskie prawo odnośnie akcji zarobkowych jest naprawdę bardzo liberalne. Wyprzedaże garażowe są na porządku dziennym, tak samo jak gimnazjaliści sprzedający domowe wypieki żeby zarobić na wycieczkę szkolną. Nie potrzeba do tego żadnych zgód, ani zgłoszeń, więc motywacja i częstotliwość takich akcji jest większa. To jest główne źródło dochodu jednostek.

Stosy ciasteczek w magazynie drużyny z Fevang.

Ostatnio drużyna z Fevang organizowała biwak, na który niestety nie było mi dane pojechać ze względu na to, że mieliśmy już coś na tamten weekend zaplanowane. Dowiedzieliśmy się o biwaku trzy dni przed datą jego rozpoczęcia. Jakim cudem? Biwaków nie trzeba zgłaszać. Nie trzeba ich rozliczać. Nie trzeba spowiadać się z planu programowego, ani finansowego. Procedury okołowyjazdowe nie trwają tygodniami. Powiadamia się członków jednostki, bierze się namioty pod pachę i się jedzie. I tak u każdej metodyki, nie tylko o wędrowników. Ponieważ jest to takie proste, drużyna z Fevang jeździ na biwaki CO NAJMNIEJ raz w miesiącu.

Zimą za to (tak naprawdę to była połowa marca, ale mieliśmy śnieg po kolana), kiedy byłam w Norwegii jedynie na weekend, miałam okazję w takim biwaku uczestniczyć, dlatego co nieco na ich temat wiem i jak zawsze posiłkując się wiedzą moich niezawodnych konsultantów, postaram się coś więcej na ten temat napisać.

Biwaki na ogół są bezpłatne – każdy dojeżdża we własnym zakresie i bierze swoje jedzenie. Jest też kilka sposobów na zdobycie jedzenia „za uśmiech”. Ponieważ nie istnieje tu podatek od darowizny (wręcz przeciwnie, darowizna jest odliczana od podatku*), stosunkowo łatwo jest pozyskać od biznesu żywność, która się nie sprzedała. Piekarnie i duże supermarkety często wystawiają na tyłach sklepów zalegający chleb w kilkudziesięciolitrowych workach. Rolnicy podjeżdżają po niego pick-upami, ładują na pakę i dają potem zwierzętom. Drużyna, z którą byłam zimą na biwaku, jest zaprzyjaźniona z jedną taką piekarnią, w której wysokie stanowisko zajmuje ich były drużynowy. Kiedy gdzieś jadą, wysyłają mu SMS i umawiają się na odbiór zleżałych wypieków.

* – Proszę mnie poprawić jeśli się mylę. Spytałam trzech Norwegów, żaden nie umiał rozwinąć tematu, a w internecie znalazłam tylko strzępy informacji.

Biwak, na którym ja byłam, kosztował w przeliczeniu 60 zł. Dopiero Morten uświadomił mnie, że to jest dużo, gdyż na ogół nie płaci się za nie nic. Dla mnie to wciąż wydawało się mało, za 120 koron (60 zł właśnie) da się kupić mniej więcej tyle, ile w Polsce za 20 zł. Ale na tym biwaku miała być „niespodzianka”, więc wszyscy bez zbędnych pytań zapłacili.

Harcówka drużyny z Tønsberga.

Biwak odbywał się w Tønsbergu w wolnostojącej harcówce zaprzyjaźnionej drużyny. To była pierwsza norweska harcówka jaką widziałam. Rzuciłam okiem i moją pierwszą myślą było „ALE LUKSUS”. Owa harcówka była gabarytów sporego mieszkania. Była podzielona na trzy pomieszczenia — jedno główne i dwa mniejsze. Miała po trzy toalety damskie i męskie, no i kuchnię. Piwnica pełniła rolę magazynu, na strychu nie byłam. W głównym pomieszczeniu stał wielki stół obstawiony ławkami, dwie kanapy narożnikowe, kilka foteli i stolik kawowy. Ściany były drewniane, wisiały na nich przeróżne pamiątki z wyjazdów, wypalane skóry, proporce i portret Roberta Baden-Powella. Nie mogę odżałować, że nie zrobiłam więcej zdjęć, ale skąd ja wtedy mogłam wiedzieć, że kiedyś opiszę ten biwak na blogu?

Ledwo zdążyłam się rozejrzeć, a przyjechał ów zaprzyjaźniony piekarz. Miał po drodze. Wręczył nam wór jedzenia. Podziękowaliśmy i przystąpiliśmy do rozpakowywania. Poza trzema chlebami, dostaliśmy całą masę słodyczy. Wszystko jak najbardziej dobre, aczkolwiek klient wyciągnąłby rękę po „dzisiejsze”, nie „wczorajsze”.

Wieczór minął nam na graniu w planszówki, zajadaniu się makaronem i drożdżówkami. Mi tego dnia udało się po raz pierwszy odezwać po norwesku pełnym zdaniem i z sensem — jednak ze skautek spytała, skąd dokładnie w Polsce jestem i czy to jest miasto, czy wieś. Zagrzałam do współpracy wszystkie szare komórki, które przez ostatnie trzy miesiące dzień w dzień katowałam kursem norweskiego w aplikacji +Babbel.

Jeg er fra Poznań. Det er en by i vest.
tłum.: Jestem z Poznania. To miasto na zachodzie (kraju).

Następnego dnia wstaliśmy dość późno, każdy o własnej porze. Zjedliśmy śniadanie i okazało się, że niespodzianką, za którą to właśnie płaciliśmy 120 koron, jest escape room!

Skautki z 1 Sandefjord po zakończeniu biwaku.

Oczywiście wszyscy bawiliśmy się przednio, ale brakowało mi w tym wszystkim… harcerstwa. Coraz częściej spotykam się z postawami i opiniami, z którymi się stanowczo nie zgadzam, że dzieci i młodzież są tak obciążone szkołą i zajęciami pozaszkolnymi, że skauting powinien być wyłącznie zabawą, odskocznią. Najbardziej radykalną opinię na ten temat usłyszałam od drużynowej metodyki harcerskiej z Niemiec: „Uważam, że sprawności są niehumanitarne. Nasi skauci już bez nich mają w życiu masę stresu i presji bycia coraz lepszym, nie mam serca jeszcze im czegokolwiek dorzucać.”. Oczywiście pamiętam czas gimnazjum, czy liceum kiedy nie miałam czasu na zgłębianie tego, czym się interesuję, bo musiałam się uczyć na kartkówkę z przedmiotu, który nie wnosił do mojego życia absolutnie nic, ale uważam, że obniżanie jakości harcerstwa to absolutnie nie jest droga, jaką powinniśmy iść by ten problem rozwiązać. Umówmy się, do kina, czy escape roomu mogę się przejść sama, kiedy chcę i nie potrzebuję do tego munduru i kawałka bawełnianej chusty. Zakładam mundur, bo chcę od życia i od harcerstwa czegoś więcej niż minimalnego wysiłku i rozrywki. CHCĘ być zarobiona, CHCĘ służyć, CHCĘ stawać się coraz lepszym człowiekiem. Dlatego tak bardzo się cieszę, że polskie harcerstwo daje mi możliwość sięgnięcia po owo „coś więcej”, że my nadal stawiamy służbę i wychowanie ponad rozrywką. I tego właśnie tak bardzo brakuje mi w Norwegii.

Napisałam ten tekst w ramach próby na stopień Harcerki Orlej. Kolejny z serii o norweskim skautingu już wkrótce. Tymczasem trzymajcie się ciepło i do usłyszenia! |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s