Po przeczytaniu „Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza”

Festiwal outdoorowy Getaway. Aula Politechniki Poznańskiej jest wypchana po brzegi. Szczęśliwi mają miejsca siedzące, inni muszą zadowolić się kucaniem na schodach. Za chwilę rozpocznie się prelekcja Krzysztofa Wielickiego i Janusza Gołąba o ich zimowej wyprawie na K2, zakończonej dosłownie dwa miesiące temu.

Podczas rozmowy Oswalda Rodrigo Pereiry z himalaistami pada w końcu pytanie, na które wszyscy niecierpliwie czekali — o akcję ratunkową na Nanga Parbat, którą, chcąc nie chcąc, śledziła cała Polska. Wielicki marszczy brwi i zaczyna:

A tam, Tomek i Eli od początku się prosili o guza.

Wbiło mnie w fotel. Sala ucichła. Mimo, że w całym tym szumie opowiadałam się raczej po stronie obozu sceptycznie nastawionych do robienia z Tomasza Mackiewicza bohatera, a z akcji ratunkowej — wydarzenia dekady, ale nawet na mnie zrobiło wrażenie takie „bluźnierstwo”. No bo jak? Czołowa postać polskiego himalaizmu tak lekko i tak „niegodnie” wypowiada się o śmierci człowieka, któremu od tygodni usiłuje się nadać status bóstwa?

Dalej Wielicki (w tamtym momencie mówił głównie on) z wyraźnym rozdrażnieniem mówi o szopce medialnej. O tym, że takie akcje ratunkowe to w Himalajach chleb powszedni i że nie widzi sensu robienia zbiegowiska wokół tej jednej. Dalej o tym jaki Mackiewicz był nieodpowiedzialny, jak ignorował rady Artura Hajzera, jak używał lin kupionych w sklepie rolniczym i skwitował to słowami „Prędzej, czy później, to się musiało tak skończyć.”.

***

Piszę ten tekst na świeżo, książkę „Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” skończyłam czytać godzinę temu. Zastanawiałam się jakiś czas, czy w ogóle podejmować się lektury, czy nie lepiej zacząć od wywiadu rzeki z Wandą Rutkiewicz, lub od biografii Kurtyki. Zależało mi jednak na ostatecznym wyrobieniu sobie opinii na temat jakże kontrowersyjnej postaci Mackiewicza, w oparciu o coś więcej niż artykuły na Wirtualnej Polsce i reportaż w „Uwadze” TVN.

Na sam początek, chapeau bas dla Dominika Szczepańskiego, któremu udało się udźwignąć tak trudny temat i któremu udało się przedstawienie postaci Czapkinsa bez nachalnego narzucania czytelnikowi swojej subiektywnej opinii na jego temat. Kawał dobrej, rzetelnej, reporterskiej roboty, świetne przygotowanie merytoryczne. Autor przedstawia też pokrótce postacie epizodyczne, co w przypadku tej pozycji jest niezwykle pomocne, zwłaszcza dla alpinistycznych laików. Szczepański wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego, że jego czytelnikami nie będą wtajemniczeni zawodowcy, a masy, które wiedzą o Mackiewiczu z mediów. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić to redakcja i stosunkowo spora liczba przeoczonych literówek. Mimo to nie można się od tej książki oderwać. Pochłania się ją w kilka wieczorów.

Jak już wcześniej wspomniałam, głównym celem mojej lektury było zaznajomienie się i wyrobienie sobie opinii na temat Tomka Mackiewicza. I został on osiągnięty. Ze strony na stronę coraz bardziej traciłam serce do tej postaci. W podnoszonych i tak podziwianych przez wszystkich „głodzie wolności”, „czystości”, „indywidualizmie”, „pasji”, widziałam jedynie mentalność wiecznego czternastolatka, który nie dorósł do brania odpowiedzialności za swoje czyny i który szlaja się po górach kosztem swoich rodzin. I to właśnie napawało mnie największą odrazą — Czapkins beztrosko sześciokrotnie „przepijał” w Himalajach dziesiątki tysięcy złotych, podczas gdy w Polsce dwie kobiety kiblowały w domach wychowując trójkę jego dzieci. „Kiblowały”, bo nie miały pieniędzy na przedszkole.

Fragment, po którym aż musiałam wstać i się przejść, to ten opowiadający o tym, jak któregoś razu Anna (druga żona Tomka) kupiła mu za gotówkę (bo komornik zajął konto bankowe) bilet lotniczy z Islamabadu do Warszawy, a Czapkins… Nie wsiadł do niego, bo zaspał. Specjalnie na potrzeby tego wpisu zrobiłam rozeznanie. Ceny lotów z Islamabadu do Warszawy w sezonie zimowym nie schodzą poniżej 2100 zł. Miejsce w warszawskim przedszkolu (z wyżywieniem) można znaleźć za 300 zł miesięcznie (źródła: Loty Google i portal Sowa Finansowa).

Tomek „przespał” siedmiomiesięczny pobyt córki w przedszkolu.

Nigdy nie załącza mi się tak ostry feminizm jak wtedy, gdy słucham o ojcach opuszczających swoje dzieci, nie zapewniając im nawet podstawowego bezpieczeństwa finansowego. Oczywistym jest, że zdobywanie najwyższych szczytów świata jest znacznie bardziej emocjonujące niż zmienianie pieluch. Z tym że Tomek Mackiewicz miał wybór, Anny Solskiej-Mackiewicz nikt o zdanie nie pytał. Kiedy Anna podjęła pracę w korporacji, ten zaczął robić jej wyrzuty i awantury. Że się sprzedała, że została szczurem, że wspiera niewolniczy system. Ach, jak we mnie się gotowało. Zastanawiałam się, czy ten człowiek choć na chwilę zdjął z oczu anarchistyczne klapki i pomyślał, że jego żona nie pracuje dla przyjemności, a po to, żeby jego, powtarzam, JEGO córka chodziła najedzona i po to, żeby osiągnąć jako taką niezależność i stabilność finansową, na którą jedynie z pensją Tomka liczyć nie mogła. Niestety jemu, jak widać, perspektywa niezależnej żony się nie podobała. Jego zdaniem ta miała siedzieć z jego dziećmi w domku na wsi (choćby ona wolała duże miasto), być wierna, potulna i zależna i prosić go o każdy grosz na jedzenie. Od spełniania marzeń był on. Postać Anny zresztą również nie budziła mojej sympatii. Odnosiłam wrażenie, że wolała zajmować wygodną pozycję ofiary zamiast wziąć życie w swoje ręce. Mimo tego, że poważnie rozważała rozstanie z Tomkiem, jak ten tylko od czasu do czasu mówił jej, że „dzięki niej chce mu się żyć”, ta od razu była w skowronkach i gotowa na każde skinienie. Oczywiście nie znałam i nie znam osobiście żadnego z nich, ale taki właśnie obraz malował mi się jak czytałam „Czapkinsa”. Smutnego, toksycznego związku niesamowicie niedojrzałego chłopca i kobiety niebędącej w stanie wziąć życia w swoje ręce.

Książka jest pisana chronologicznie, klamrą zamykającą kompozycję są wydarzenia z ostatniej wyprawy na Nanga Parbat. W sumie było tych wypraw sześć. Pierwsze sto stron opowiada o młodości Tomka — od beztroskiego dzieciństwa na wsi u dziadków, przez przeprowadzkę do Częstochowy, narkomanię, terapię w Monarze, wyprawę do Indii, aż po ślub z Joanną Kondracką i pierwsze spotkanie z Markiem Klonowskim. Dalej narracja skupia się na kolejnych ekspedycjach na Nangę, przeplatając je wydarzeniami z życia prywatnego Czapkinsa.

Bardzo wiele się z tej pozycji dowiedziałam. W książce aż roi się od nawiązań, przypisów i cytatów, dzięki którym zechciałam sięgnąć po „Pokolenie Kolosów”, o którym wcześniej w ogóle nie słyszałam. Podziwiam, do ilu i do jakich źródeł dokopał się autor biografii: w książce przepisana jest konwersacja na WhatsAppie organizatorów akcji ratunkowej, która zaraz po rodzinnych ekscesach Czapkinsa wzbudziła we mnie największe emocje.

„Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” jest świetnie, rzetelnie, konsekwentnie napisana, a co dla mnie również bardzo się liczy bardzo estetycznie wydana. Nawet cała moja antypatia względem głównej postaci nie zepsuła mi czytelniczego wrażenia. Jeśli ktoś kto to czyta się waha, myślę, że zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. Skorzysta z niej zarówno osoba zainteresowana tematem alpinizmu, jak i kompletny górski laik. Nie poleciłabym jej jednak osobom o słabych nerwach, ani takim, które w przypływie złości mogłyby coś dookoła siebie zniszczyć. Ostrzegam, może Wam się to przydarzyć. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s