Z Hastings do Fairlight

Ostatnio znów naszedł mnie stary, dobrze mi znany „cabin fever”. Miałam ogromną potrzebę ruszyć się z domu. Ale nie do parku, na ściankę, czy do kina. W dzicz. Kolejną motywacją była chęć wypróbowania nowiutkiego sprzętu — nadmuchiwanej maty do spania, którą dostałam od Mortena na przyspieszone o miesiąc urodziny i ciepłego śpiwora, który upolowałam na przecenie. Mogłabym rozbić obóz na dwie noce. Był czwartek, zaczęłam więc poszukiwania. Lotów w korzystnych cenach na ten weekend nie było. No to pociąg. Jedziemy w Anglię. Dover? Leeds? Kornwalia? Drogo… Kiedy tak szukałam, natrafiłam na miejscowość Hastings. Gdzieś mi ta nazwa świta… No tak! To jest ostatnia stacja pociągu, którym zdarzało mi się jeździć po mieście!

— Ooo, to to słynne Hastings od bitwy pod Hastings w 1066 roku? — spytała mama.

Tak, dokładnie to Hastings.

Pierwszą przeszkodą okazał się fakt, że bilety w jedną stronę na piątek wypadały dwa razy drożej niż w tę i z powrotem z soboty na niedzielę. Moja wewnętrzna Poznanianka dała w tej chwili o sobie znać. No trudno, jedziemy na jedną noc.

Drugą przeszkodą był problem z noclegiem. Wszystkie pola kempingowe niedaleko Fairlight były już zamknięte na zimę. Ponieważ miasteczko znajduje się na terenie rezerwatu (Area of Outstanding Natural Beauty), nocowanie na dziko jest tam zabronione. Hosteli brak, ceny w gościńcach oscylują w okolicach osiemdziesięciu funtów (400 zł), a o couchsurfingu w tak zapomnianej przez Boga i ludzi mieścinie nie ma co marzyć.

No nic, to jedziemy na jeden dzień!

Zabukowałam bilet na pociąg do Hastings o 8:20 i na powrót o 19:40. Plan był prosty: poszwędać się po Hastings, ruszyć w drogę do Fairlight (to tylko pięć kilometrów w linii prostej, prawda?), wrócić, zjeść coś, mieć jeszcze całe późne popołudnie, posiedzieć na plaży. Cóż, częściowo się udało.

Na wejście Hastings robi dość marne wrażenie. Stare, zaniedbane budynki, kruszący się od wilgoci tynk, grzyb na ścianach, gdzieniegdzie przebija się brutalistyczna architektura. Przygnębiające miejsce. Jednak jak się zejdzie nad samo morze, można zwiedzić odtworzoną dzielnicę rybacką, wejść za darmo do muzeum rybołówstwa, zobaczyć molo, pobawić się w lunaparku i zjeść w jednym z dziesiątek lokali ze świeżymi rybami. Władze miasta wyraźnie próbują stworzyć wizerunek uroczego, zabytkowego, rybackiego miasteczka, a nie „Tego Hastings, w którym Anglicy oberwali od Normanów w 1066 r.”.

Diabelski młyn w lunaparku w Hastings.
Kutry rybackie.
Czarne deski, wysokie, wąziutkie budynki, strzeliste dachy. Odtworzona w latach dziewięćdziesiątych dzielnica rybacka.

Pomyślałam, że nic tam po mnie. Weszłam na szlak.

Przed wyjazdem sprawdziłam prognozę pogody — 60% szans na deszcz. Jednak patrząc na niebo wiedziałam, że ulewa jest tylko kwestią czasu. Jak tylko wyszłam z miasta, lunęło. Kompilacja deszczu, leżących na ziemi liści i śliskiej, rozmokniętej skały kredowej sprawiły, że stosunkowo łatwy szlak stał się miejscami wymagający.

Ściana deszczu nieubłaganie zbliżająca się w moją stronę.

Spodziewałam się terenu podobnego do tego, którym szłam z Seaford do Eastbourne — gołych łąk, braku wyznaczonych ścieżek i łagodnych wzniesień. Zastałam lasy, strumienie i bardzo strome podejścia. Ścieżki były jasno wytyczone, a niektóre fragmenty szlaku były zamknięte ze względu na erozję kredy. Wspominałam już o tym, że szlak miał mieć pięć kilometrów w linii prostej? Cóż, ten wytyczony, bardzo zawiły, ma piętnaście. Kiedy się zorientowałam, wiedziałam już, że nie ma mowy, że dam radę pokonać go raz jeszcze przed odjazdem pociągu. Zawracać nie chciałam. Więc jak tylko weszłam na wzniesienie, z którego złapałam szczyptę internetu, przystąpiłam do poszukiwań autobusów z Fairlight do Hastings. Na całe szczęście te kursują co godzinę.

Miałam na trasie dwa punkty, które chciałam zaliczyć — wodospad (mam do nich ogromną słabość!) i plażę pod klifem. Wodospad w rzeczywistości potwornie mnie rozczarował. Za przesyconymi zdjęciami wykonanymi przy długim czasie naświetlania, którymi kusiły Mapy Google, w rzeczywistości kryła się dwumetrowa skała, z której woda ledwo kapała. Za to plaża przerosła moje oczekiwania.

„Wodospad”

Przed zejściem na plażę mijało się tabliczkę informującą o tym, że ze względu na erozję, plaża jest zamknięta, a wędrowcy schodzą tam na własne ryzyko. Długo się nie zastanawiałam. Ryzykujemy!

W drodze powrotnej z plaży minęłam… Nagiego mężczyznę. Golusieńkiego, rozebranego do rosołu. Przeżyłam kilka makabrycznie niezręcznych chwil kiedy to grupa wędrowców schodziła po schodach, a ja musiałam ich przepuścić, stając w centralnym punkcie pola widzenia pana, jak wówczas myślałam, ekshibicjonisty. Starałam się zawiesić wzrok na czymkolwiek, co nie było sztywnym z zimna sprzętem osobliwego mężczyzny. Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie pamiętam, kiedy ostatnio biegłam po schodach tak szybko i kiedy pokonałam ich aż tyle niemal na jednym oddechu. Na szczęście na górze czekała na mnie ławeczka.

Dopiero teraz patrząc na mapę dowiedziałam się, że byłam na… plaży nudystów! A ten pan był zwyczajnie u siebie. Od razu zrobiło mi się głupio, że tak go zaszufladkowałam, a wystarczyło przecież uważniej spojrzeć na mapę. Przy zejściu na plażę (w każdym razie przy tym, z którego ja skorzystałam) nie było żadnej informacji na ten temat, sama plaża była wąziutka (co widać na zdjęciach), kamienista, wietrzna, nieprzyjazna i trudno dostępna — kilka kilometrów w każdą stronę do najbliższej miejscowości. Miejsce spotkań? Marny potencjał. Chociaż z drugiej strony takie odizolowanie z pewnością działa na korzyść wspólnoty nudystów — w teorii mieliby tę plażę dla siebie gdyby nie fakt, że znajduje się ona tuż przy szlaku turystycznym.

Ostatnia prosta prowadziła przez pastwiska koni. Rozglądałam się, niestety żadnego nie spotkałam i nie mogę odżałować. Jak zawsze pod koniec szlaku zaczęłam spotykać coraz więcej spacerowiczów. Z lekkim pośpiechem (nieuzasadnionym, w końcu miałam godzinę zapasu) szłam w kierunku przystanku. Planując wycieczkę chciałam zobaczyć Fairlight. Na miejscu okazało się, że to jedynie sypialna wieś, w której nie ma nic a nic poza domami tubylców.

Na przystanku czekając na autobus. Duma i naładowane baterie po zakończonej wędrówce.

***

Hastings, które w dzień było sennym miasteczkiem, w nocy jakby budziło się do życia. Jego populacja zdawała się wzrosnąć trzykrotnie. Puby były przepełnione, deptak pełen ludzi, a kiedy przechodziłam przejściem podziemnym, nastolatkowie robili wokół mnie slalomy na BMX-ach. Co kilkadziesiąt metrów mijałam stragany ze świecącymi plastikowymi bublami, pop-cornem i prażonymi orzeszkami. Plaża też nie była tak spokojna jak rano, teraz roiła się od głośnych, podpitych piknikowiczów. Mimo to postanowiłam czekać godzinę na pociąg gapiąc się na morze, a nie w ekran telefonu w dworcowej poczekalni.

Tak właśnie minęła mi sobota. Obiecałam sobie, że w tym roku akademickim zobaczę nieco więcej Anglii i Wielkiej Brytanii i wydaje mi się, że ta wycieczka była dobrym początkiem. Do zobaczenia w następnym wpisie! |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s