Nie kupiłam ani grama plastiku przez tydzień!

W Anglii żyć ekologicznie jest ciężko. O ile nie mieszka się w pobliżu uroczego, lokalnego ryneczku, dostanie pomidorów nieleżących na plastikowej tacce i nieowiniętych w folię, graniczy z cudem. Tutejsze dyskonty przekraczają wszelkie granice absurdów rodzina u której mieszkam kupiła ostatnio podłużne ciasto fabrycznie pokrojone, każdy kawałek zapakowany do osobnej przegródki, która po oderwaniu staje się niezależnym opakowaniem. Aktywiści tworzą petycję za petycją, żeby ten problem jakoś rozwiązać, ale światełka w tunelu nie widać

Wyżej wspomniane ciasto.
Chyba to, co mnie w Anglii boli najbardziej. Nigdzie nie dostanie się dużych paczek Lay’s (Walkers). Jedynie paczkę sześciu małych paczek.

Kolejnym wyzwaniem w ramach próby na stopień harcerki orlej było niekupowanie ani grama plastiku przez okrągły tydzień. Już wcześniej starałam się ograniczyć ilość produkowanych odpadów, ale nie odmawiałam sobie jogurtów w plastikowych opakowaniach, czy mleka roślinnego w kartonie z plastikową nakrętką. Po prostu przerzuciłam się na kubeczek menstruacyjny, wszędzie chodziłam z własną metalową butelką, pieczywo i drobne owoce kupowałam do wielorazowych siatek, następnie całość pakowałam do własnych toreb itp. Chciałam grać fair, więc przez kilka dni przed rozpoczęciem wyzwania wykańczałam wszystko, co miałam w lodówce, żeby w ciągu tego tygodnia MUSIEĆ robić zakupy.

DZIEŃ 1
Zrobiłam mały research. Sklepy które mam najbliżej to Tesco Express, Millars (osiedlowy sklep z żywnością BIO) i spożywczak ze śmieciowym żarciem z całą tablicą Mendelejewa w składzie (ten omijam szerokim lukiem, zresztą bez plastiku sprzedają jedynie gumę orbit). Najbliższy sklep Zero Waste, „Nought”, znajdował się w dzielnicy Borough, ale okazał się być nieczynny w poniedziałki. Zrobiłam listę zakupów z uwzględnieniem tego, co dam radę dostać bez plastiku w Millarsie, co w Tesco, a co jest problematyczne, więc liczę na to w Nought-cie. Ponieważ moja szuflada w lodówce była tak pusta, że nie miałam z czego zrobić śniadania, udałam się do Millarsa. Niestety pocałowałam klamkę, sklep był wyjątkowo nieczynny. Zawróciłam więc i poszłam do Tesco. Udało mi się dostać jedynie bagietkę, kiść bananów, jabłka, pomarańcze i awokado. Ze skromnym łupem wróciłam do domu. Wieczorem miałam dziką ochotę na czekoladę, więc w Sainsbury’s kupiłam małą tabliczkę Tony’s Chocolonely (fair trade, produkowana w Belgii i pakowana w papier i folię aluminiową). Podsumowując:

Śniadanie: Bagietka z awokado i ostatnim plasterkiem wegańskiej szynki.
Drugie śniadanie na uczelni: Druga połówka bagietki i banan.
Kolacja: Shake z dwoma bananami, resztką mleka migdałowego, masłem orzechowym i kakao.
Przekąska: Czekolada.

DZIEŃ 2
Morale mi znacznie spadło. Byłam głodna. Dopiero zdałam sobie sprawę z tego, w jakim stopniu moja dieta opierała się o przekąski bułeczki, ciastka, jogurty, po które mogłam po prostu sięgnąć bez konieczności planowania i przygotowywania. Na banany nie mogłam już patrzeć, jabłkami i pomarańczami się nie najem do syta, a to było chwilowo wszystko, co miałam. W dodatku masa potraw które jem opiera się o mleko roślinne (naleśniki, płatki na mleku, smoothies), którego teraz też nie miałam, bo tetra-pak i plastikowa nakrętka. Odkryłam na dnie mojej szafki w kuchni cały słoik couscousu. Na śmierć zapomniałam, że oprócz tego, co ostatnio wykończyłam, miałam drugi! Ugotowałam go na śniadanie z awokado i ogórkami. To co zostało, spakowałam do śniadaniówki i zabrałam na uczelnię. Przez większość dnia żywiłam się jabłkami i myślałam, że zejdę z głodu. Ile można jeść owoce? Podziwiam, acz nie rozumiem frutarian.

Wieczorem udałam się do Nought. Sklep okazał się przeuroczy! Kupiłam do własnych toreb makaron, płatki śniadaniowe, nasiona chia, płyn do naczyń (!) i wzięłam darmową butelkę, żeby trzymać w niej mleko roślinne. Udało mi się jeszcze wstąpić do Millarsa przed zamknięciem. Kupiłam dwa duże bataty, bagietkę ziołową i PRZEPYSZNE duże ciastko owsiane. Morten wysłał mi na messengerze zdjęcie swojej kolacji wielki gar makaronu z sosem pomidorowym, serem i wszystkimi możliwymi warzywami. Jak ja mu zazdrościłam! Moje menu tego dnia wyglądało naprawdę bardzo ubogo.

Śniadanie: Couscous z warzywami.
Drugie śniadanie na uczelni: Dwa jabłka.
Obiad: Couscous z warzywami.
Kolacja: Bagietka ziołowa z awokado, ciastko owsiane.

Tego wieczoru obrałam migdały i zostawiłam je na noc do namoczenia się. Rano zrobię mleko migdałowe!

DZIEŃ 3
Dzisiaj miałam naprawdę MASĘ szczęścia. Od razu po przebudzeniu przystąpiłam do „dojenia migdałów”. Zblendowałam je z wodą, w której się moczyły. Nie dysponowałam sitkiem, więc do pozbycia się pulpy migdałowej i uzyskania gładkiej cieczy użyłam skarpetki, której para zapodziała się jakoś pół roku temu. Spisała się świetnie. Myślę, że właśnie na dobre awansowała z części garderoby na przyrząd kuchenny. Pulpę migdałową zapakowałam do pudełka i włożyłam do lodówki, ponoć można ją wykorzystać w wielu przepisach.

Niestety nie zdążyłabym już zjeść płatków. Nie miałam pojęcia, że robienie własnego mleka roślinnego jest TAK czasochłonne. Wstawiłam więc na szybko do mikrofali bataty. Jak zawsze to, czego nie zdążyłam zjeść, spakowałam do śniadaniówki i wzięłam ze sobą. Planowałam zjeść tego dnia obiad w uczelnianej stołówce, ale okazało się, że na warsztaty w których rano brałam udział, przyjechał wózek z poczęstunkiem! Były wegańskie kanapki, chipsy i tortille, najadłam się do syta! Po zajęciach zjadłam resztkę batatów z rana. Wieczorem brałam udział w zawodach wspinaczkowych, gdzie uczestnikom rozdawano darmową pizzę! Żyć nie umierać! Znajoma ostatnio poprosiła na Instagramie o pomysły na proste, zdrowe obiady, poradziłam jej purée z batatów i awokado z kukurydzą. Jak tylko o nim pomyślałam, od razu nabrałam na nie ochotę. Może jutro zrobię? Wstąpiłam w drodze do domu do Sainsbury’s i kupiłam kukurydzę w puszce (kolb nie było w ogóle) i sos pomidorowy.

Śniadanie: Bataty.
Obiad: Kanapki ze szpinakiem, pomidorami, awokado, wegańskim serem i papryką, tortille z tym samym.
Drugie śniadanie: Bataty.
Kolacja: Pizza.
Przekąska: Druga tabliczka czekolady.

Pizza na zawodach wspinaczkowych. W tle czekolada pakowana w papier.

DZIEŃ 4
Wreszcie mam mleko w lodówce i mogę nim działać! Na śniadanie znowu zrobiłam swój ukochany shake bananowy z kakaem, masłem orzechowym i nasionami chia. Oprócz tego nasypałam sobie miskę płatków z suszonymi kawałkami bananów i innych owoców. Nie wiem, co ja sobie myślałam szykując to, przecież sam szejk jest potwornie sycący. Od rana miałam dużo pracy na komputerze, na uczelnię szłam dopiero na 16:00, więc zamiast szykować obiad, całe wczesne popołudnie skubałam te płatki, nie chcąc ich marnować. To te, które kupiłam we wtorek w Nought. Są kompletnie pozbawione cukru, szczerze mówiąc, smakują jak karton. Dodałam syropu klonowego, żeby podratować ich smak. Jak już byłam na uczelni, naszedł mnie wilczy apetyt na pączka. Te w wegańskiej kawiarni już się rozeszły. Trudno, kupiłam niewegańskiego. Uczelniane kawiarnie pakują słodycze w papier z foliowym okienkiem, więc żeby pozostać wierną wyzwaniu, zawinęłam swojego pączka w kartkę ze szkicownika A4 z ćwiczeniami z liternictwa. Tym czynem po raz drugi zasłużyłam na nominację do nagrody Janusza Zero Waste, na pierwszą nominację zasługuje fakt, że używam wieczka od Pringles’ów jako mydelniczki. Na kolację zrobiłam pomidorową, która według pierwotnego planu miała być na obiad.

Śniadanie: Shake z dwoma bananami, domowym mlekiem migdałowym, masłem orzechowym, kakao i nasionami chia.
Śniadanie/obiad: Płatki z mlekiem migdałowym i suszonymi owocami.
Przekąska na uczelni: Pączek.
Kolacja: Zupa pomidorowa.

Przepis na koktajl kakaowo-bananowy.
Wrzuć do blendera dwa banany, dolej mleka do 2/3 ich wysokości. Dodaj płaską łyżkę kakao i szczodrą łyżkę masła orzechowego. Ja jeszcze dodaję nasiona chia i syrop klonowy, ponieważ używam masła orzechowego bez cukru.
Janusz zero waste.

DZIEŃ 5
W piątki nie mam zajęć na uczelni, nie nastawiałam więc budzika. Skumulowało mi się zmęczenie z całego intensywnego tygodnia, więc spałam okrągłe 12 godzin. Wstałam po 12:00 i stanęłam przed słynnym dylematem jeść śniadanie, czy poczekać pół godziny na obiad? Ciągle miałam pomidorową z poprzedniego dnia, ale miałam straszną ochotę na purée z batatów i awokado, więc zrobiłam je sobie na śniadanio-obiad. Po południu miałam iść na event halloweenowy na ściance wspinaczkowej i tu pojawiała się zagwozdka, bo wypadało się przebrać. W Anglii mam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a kostiumy halloweenowe do nich nie należą. Nie znoszę jak ktoś przychodzi na tematyczną imprezę nieprzebrany, więc nie chciałam być jedną z tych osób. Kupowanie nowego kostiumu odpadało raz że prędzej czy później stałby się kolejnym odpadem, dwa że miałby dość nędzne życie zalegając u mnie w szafie. Zresztą znalezienie takiego bez plastiku i sztucznych tworzyw graniczyło z cudem, a na tym przecież polega wyzwanie. Mogłam kupić używany kostium, ale to byłby wydatek i jedno popołudnie z życia poświęcone na poszukiwania. Mogłam też pójść na łatwiznę i obryzgać się sztuczną krwią.

Ostatecznie założyłam swój stary mundurek z czasów jak pracowałam w McDonald’s. Ucharakteryzowałam się na przemęczoną osobę, a na plakietce zamiast imienia, nakleiłam napis „YOUR FUTURE”. Nie wydałam ani grosza, nie puściłam w świat ani grama nowych tekstyliów. Kostium zrobił furorę na moim Instagramie, dostałam łącznie czternaście (!) wiadomości od zachwyconych obserwatorów. Na samej imprezie halloweenowej udało mi się rozśmieszyć masę osób. Około ośmioletnia dziewczynka podeszła do mnie, zamówiła cheeseburgera i od tamtej pory za każdym razem jak ją mijałam, przezywała mnie „Cheeseburer”. Z mężczyzną przebranym za chirurga odtworzyłam słynnego mema „Ty vs Syn koleżanki Twojej starej”. Z dwoma wspinaczami, dla których pretekstem do zagadania był właśnie mój McDonald’s-owy mundurek, posiedziałam dłużej i weszliśmy razem na kilka ścian. Bawiłam się przednio.

W metrze w drodze na imprezę zjadłam banana. Na samym wydarzeniu był bufet, więc na kolację zajadałam się przekąskami. Wracając do domu strasznie zgłodniałam. Wiedziałam, że w domu mam niewiele jedzenia, więc zdecydowałam się zjeść na mieście. Wysiadłam na Waterloo i tu zaczęły się schody. McDonald’s absolutnie wszystkie warzywa, kubki i papierowe słomki (!) dostaje w grubych workach foliowych (wiem, bo w końcu tam pracowałam), więc każdemu kto chce ograniczyć ilość plastikowych odpadów, radzę omijać z daleka. Nie byłam nigdy na zapleczu KFC, czy Burger Kinga, ale zgaduję, że tam jest identycznie. Buda z preclami pakowała zamówienia do torebek z foliowym okienkiem, więc też odpadała. W końcu znalazłam bar z bagietkami z opcją wege, pakujący w papier. Zamówiłam bagietkę z pesto, rukolą, mozzarellą i pomidorami. I tak mi minął kolejny dzień bez plastiku!

Ciekawostka: Tylko w Wielkiej Brytanii Halloween co roku generuje plastikowe odpady o gabarytach 83 000 000 półlitrowych butelek. Warto wspomnieć tę liczbę kupując kolejną maskę z „Krzyku”, paczkę małych paczuszek żelków, czy wiaderko w dynie.

Śniadanio-obiad: Purée z batatów i awokado z kukurydzą.
Przekąska: Banan.
Przekąska: Ciastka, ciasta, szyszki czekoladowe, pizzerinki, napój Tenzing z bufetu podczas imprezy.
Kolacja: Bagietka z pesto, rukolą, mozzarellą i pomidorami.

Przepis na purée z batatów i awokado z kukurydzą:
Obierz bataty i pokrój je na plastry (pół dużego batata, lub cały niewielki batat). Włóż je do miski (obierki na wierzch), wlej pół szklanki wody, przykryj talerzem i włóż całość do mikrofalówki na 5 minut. W czasie kiedy będą się robić, pokrój na kostkę połówkę awokado. Wyjmij obierki batatów i odłóż je na bok. Włóż bataty i awokado do blendera. Dodaj 1/3 szklanki mleka roślinnego i zmiel całość na papkę. Następnie przełóż papkę do miski, dodaj obierki batatów i pół małego słoika kukurydzy.

DZIEŃ 6
Miałam dziś sporo do zrobienia na uczelnię, więc zamiast to robić, byłam na poczcie, zrobiłam zakupy spożywcze, posprzątałam pokój, napisałam tekst na bloga i stworzyłam do niego ilustrację, byłam na ściance (co po wczorajszym intensywnym treningu nie było najlepszym pomysłem), umyłam naczynia, poczytałam książkę i obejrzałam pół filmu, bo tylko na tyle mi mój internet na korbkę pozwolił. No ale zacznijmy od początku. Na śniadanie zjadłam banana. Na poczcie musiałam nadać paczkę i zabezpieczyć przesyłkę czymś, co nie byłoby folią bąbelkową (bardzo ważny długopis z peronu 9 i 3/4, nie mógł mieć żadnych rysek, ani utrąceń). Miałam w szufladzie cały zestaw gąbek, który kupiłam jeszcze rok temu i który bardzo powoli zużywam. Jedną z tych gąbek pocięłam tworząc genialną alternatywę dla folii. Przesyłkę zapakowałam do papierowej koperty. Ruszyłam w stronę poczty dumna jak paw.

W drodze powrotnej wstąpiłam do Millarsa. Kupiłam kiść pomidorów, ogórki, awokado, paprykę, chleb ziołowy, ciastko owsiane z czekoladą i coś, czego już dawno chciałam spróbować surową wegańską czekoladę (zapakowaną w papier i folię aluminiową). Matko, jakim ona się okazała rozczarowaniem! Moim zdaniem jest niestety absolutnie niejadalna, smakiem w ogóle nie przypomina czekolady. Poczęstuję nią znajomych na uczelni, co się ma zmarnować. Przepyszny chleb ziołowy chciałam sobie rozłożyć na dwie porcje, ale niestety uległam pokusie i zjadłam cały naraz. Ciastko owsiane z czekoladą też nie przetrwało długo na widoku, a przed samym treningiem na ściance zjadłam jeszcze jednego banana. Cóż, sporo kalorii tego dnia przyswoiłam, ale widocznie takie moje ciało miało zapotrzebowanie. Trening przerwałam po godzinie, po tygodniu intensywnych ćwiczeń, zawodów i po wczorajszym evencie halloweenowym, moje ramiona zaczęły się zwyczajnie buntować. Po drodze do domu znów wstąpiłam do Sainsbury’s po tablczkę Tony’s, co powoli staje się moim rytuałem. Po powrocie do domu odgrzałam sobie zupę pomidorową z przedwczoraj. Chciałam też zrobić sobie koktajl z dwóch posiniaczonych bananów, których nie zjadłam przedwczoraj na uczelni, ale niestety zdążyły już spleśnieć. Poprosiłam dziś Mortena o to, żeby odłożył dla mnie kilka biodegradowalnych worków, które Norwegowie dostają za darmo od gmin. Ja nadal mam plastikowe, ale już dawno chciałam się przerzucić, a to wyzwanie dało mi motywację!

Śniadanie: Banan.
Obiad: Chleb ziołowy, ciastko owsiane z czekoladą.
Przekąska: Banan.
Przekąska: Tabliczka czekolady.
Kolacja: Zupa pomidorowa.

Tabliczka Tony’s Chocolonely.

DZIEŃ 7
Co to był za tydzień! Z jednej strony mam wrażenie, że zleciał. Z drugiej, jak przypomnę sobie wtorek, wydaje się, że był on wieki temu. Do podsumowania przejdę na końcu, tymczasem opowiem, jak było dzisiaj. Po przebudzeniu jak zwykle zjadłam banana i poszłam do kościoła. W naszej parafii zawsze po mszy jemy wspólny obiad, dziś był to ryż z sosem grzybowym i warzywami, chleb czosnkowy i kiełbaski (za które jako roślinożerca podziękowałam). Wróciłam do domu i od tamtej pory pracowałam na komputerze. Wypiłam koktajl bananowy wykańczając tym samym mleko migdałowe. Muszę przyznać, że własnej roboty mleko migdałowe jest moim osobistym olśnieniem tego wyzwania. Naprawdę czuć różnicę w smaku między nim, a tym sklepowym. Musiałam dziś zrobić pranie (tak, wiem, niedziela, ale mam na sobie ostatni zestaw czystej bielizny) i użyłam proszku BIO w kartonie, który kupiłam jeszcze we wrześniu w Millarsie. Selekcjonując ubrania, które chcę wyprać, odkryłam w kieszeni plecaka zapomnianą połówkę tabliczki Tony’s, którą z przyjemnością uraczyłam podniebienie. Na kolację zjadłam couscous z pomidorami, ogórkami, papryką, resztka awokado i resztką kukurydzy.

Śniadanie: Banan.
Obiad: Ryż z sosem grzybowym i warzywami, chleb czosnkowy.
Przekąska: Koktajl z dwóch bananów z mlekiem migdałowym.
Przekąska: Pół tabliczki czekolady.
Kolacja: Couscous z warzywami.

Dzisiejszy koktajl bananowy. Tak, lubię pić ze słomek. W zeszłym roku miałam zestaw metalowych, ale wszystkie po jakimś czasie użytkowania były nie do domycia, a nasłuchałam się historii o spowodowanych przez to zatruciach pokarmowych. Nadal mam paczkę papierowych słomek z zeszłego roku, których obecnie używam.

WNIOSKI:
Poziom trudności wyzwania był dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam. Absolutne niekupowanie plastiku znacznie utrudnia zakupy, zmusza do kupowania droższych produktów, ale DA SIĘ, nawet w kraju plastikiem płynącym.
Domowe mleko migdałowe jest przepyszne. Na pewno będę je od czasu do czasu, ale jest to potwornie praco- i czasochłonne.
Cieszę się, że w ramach wyzwania zamówiłam biodegradowalne worki, spróbowałam surowej wegańskiej czekolady (i już wiem, że jest paskudna) i miałam motywację żeby zrobić mleko migdałowe. Nowe wyzwania i doświadczenia są super!
Bardzo się cieszę, że odkryłam Nought! Myślę, że będę tam kupować wszystkie suche produkty i że już nie kupię płynu do naczyń w plastiku.
Skoro mowa o płynie do naczyń, muszę obmyślić jakiś dozownik do niego, bo ze słoika się go fatalnie używa.
Strasznie tęsknię za jogurtem. Często go jem, ciężko mi było go odstawić na tydzień i z niego akurat nie zrezygnuję na pewno.
Mam nadzieję, że doczekam dnia, w którym mleko i jogurty roślinne będą dostępne w szkle.

Czy było warto?
TAK.

Czy polecam spróbować?
JASNE!

Tymczasem do zobaczenia w następnym wpisie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s