Historie trzech uczennic.

Ten tekst dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się nim podzielić. Trzy historie. Trzy dziewczyny z trzech różnych krajów. Miałam zaszczyt poznać je wszystkie i z każdą z nich odbyć długie rozmowy podczas Juliette Low Seminar w Londynie.

Historia pierwsza: MAYYA

Mayya miała najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałam. Ogromne, brązowe, w dodatku podkreślone umiejętnie zrobionym makijażem. Każdy, kto z Mayyą rozmawiał, miał ten ogromny przywilej, że mógł się w nie do woli wpatrywać. Jej ciało było od stóp do głowy przykryte, a jej głowę zawsze zdobił hidżab.

Mayya jest muzułmanką, pochodzi z Libanu. Najstarsza z czterech sióstr. To właśnie brak rodzeństwa płci męskiej, bycie pierworodną, oraz fakt, że jej mama jest piśmienna, co wcale nie jest takie oczywiste, zadecydowały o tym, że Mayya została posłana do szkoły, a co za tym idzie że zna angielski i że było mi dane z nią porozmawiać. W końcu ni stąd ni stąd ni zowąd wypłynął temat bezdomności.

U nas nie ma tego problemu. Wzruszyła ramionami Mayya. Mamy wystarczająco schronisk i dla uchodźców z Syrii i dla libańskich bezdomnych.

W Europie nawet nie chodzi o brak schronienia, a alkoholizm. Znaczna większość bezdomnych to alkoholicy, a przebywanie na terenie schronisk pod wpływem jest surowo zabronione ze względu na bezpieczeństwo innych osób, które tam przebywają, w tym dzieci.

Ach, alkoholizm. Bo widzisz, religia zabrania nam picia alkoholu. Można go dostać tylko w sklepach z importowaną żywnością, w dodatku z drakońską akcyzą.

No tak! Przecież Islam i alkohol… Czy jest możliwe zatem, że istnieje kraj, który za pomocą religijnych nakazów całkowicie wyeliminował bezdomność i nałogi?

Ale wiesz, kontynuowała największy problem z dostarczaniem pomocy biednym jest taki, że oni najczęściej są analfabetami. Nie przeczytają apelu w mediach, ani informacji na plakacie. A jak wy to rozwiązujecie? spytała.

U nas analfabetyzmu nie ma. Każdy sześciolatek ma obowiązek szkolny, który się za nim ciągnie do pełnoletniości.

Ogromne oczy Mayi zrobiły się jeszcze większe, nawet nie wiedziałam, że to możliwe. Była w takim szoku, jakbym przed chwilą odkryła przed nią Atlantydę.

I… I jak? Czyli że w Europie WSZYSCY potrafią czytać?! I WSZYSTKIE dzieci chodzą do szkoły?!

Po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, pod jak bardzo szczęśliwą gwiazdą się urodziłam. Doskonale wiedziałam, że dostęp do powszechnej oświaty jest ogromnym przywilejem, ale nie wiedziałam, że w krajach spoza „naszego podwórka” ludzie nie mają nawet o niej pojęcia. Mayya dopytywała, co się dzieje jak jakieś dziecko nie chodzi do szkoły. Odpowiedziałam zgonie z prawdą, że wtedy rodzice muszą się liczyć z konsekwencjami takimi jak ponaglenia i nadzór kuratora. Skończyłyśmy na tym, że obie marzymy o doczekaniu czasów, kiedy dostęp do darmowej, bezpiecznej i dobrej jakości nauki będzie miało każde dziecko na świecie, a nasza rozmowa toczyła się dalej, już na inne tematy.

***

Historia druga: VEREDIANA

Verediana jest bardzo szczupła i drobna. Gdyby nie długie, ułożone prostownicą włosy i inteligentny, dojrzały wyraz twarzy, dałabym jej trzynaście lat, nie dwadzieścia trzy. Ostatniego dnia seminarium poszłyśmy razem do okolicznego sklepu, nie pamiętam już po co. Wychodząc na dwór, Verediana zarzuciła na siebie koc masajski produkt eksportowy jej rodzinnej Tanzanii. Ostrzegłam ją, że idąc zawinięta we wzorzysty koc przez bogatą dzielnicę Londynu, będzie wyglądać co najmniej oryginalnie. Ta zdawała się nie rozumieć, o co mi chodzi. Przecież to normalny, wyjściowy ciuch.

Verediana jest wielką fanką i autorką memów. Moją kolekcję na telefonie już przejrzałyśmy, teraz oglądałyśmy jej, znacznie bardziej okazałą galerię. Co jakiś czas między jednym śmiesznym obrazkiem a drugim, mignęło prywatne zdjęcie Verediany.

Ooo, a to ja i moja przyjaciółka podczas Dnia Fundatora. Wy też obchodzicie w szkołach Dzień Fundatora?

Na początku myślałam, że to bariera językowa daje o sobie znać.

Fundatora? W sensie patrona?

Nie, nie, fundatora! W sensie bogacza, który sponsoruje waszą szkołę. Zawsze jest festyn, występy, konkursy i podziękowania od uczniów. W moim liceum fundator zawsze zarządzał tydzień świętowania. Czaisz to? TYDZIEŃ. Gość potrzebował aż pięciu dni tańców i recytowania wierszyków, żeby nadmuchać swoje ego.

Przesuwałyśmy palcem po ekranie dalej. Jawił się przede mną nieodkryty dotąd świat afrykańskich memów. Ujął mnie motyw „African parent”, czyli rodzica, który jest oschły i surowy, a jak jego dziecku urwie nogę, ten tylko krzyknie, że bachor ma nie dramatyzować, bo nadal ma drugą. Trafiłyśmy w końcu na mema, którego font wyraźnie wskazywał na to, że oryginał nie był w Suahili, że został już z jakiegoś języka przetłumaczony. Verediana przełożyła go dla mnie na angielski.

„Mój syn zdawał niedawno egzamin do gimnazjum w Lagos (Nigeria). Kiedy zobaczyłem wysokość czesnego na tablicy ogłoszeń, nie mogłem się powstrzymać i powiedziałem ‚Synu, pamiętaj. Jak nie zdasz, nadal będę Cię baaaardzo kochać!’ „

Mem wydał mi się raczej smutny niż śmieszny. W końcu opowiadał historię, w której edukacja syna niedługo mocno nadwyręży rodzinny budżet. Zostałam spytana, dlaczego się nie śmieję i tak zaczęła się dyskusja. Wytłumaczyłam jej, że w Polsce i większości (jak nie we wszystkich) europejskich krajów, szkoła jest darmowa, opłacana z podatków. Płaci się jedynie za naukę w szkołach prywatnych i społecznych. W przeciwieństwie do Mayyi, jej oczy nie zabłysnęły na tę myśl. Z jej twarzy dało się raczej wyczytać rozczarowanie i poczucie beznadziei. Jej kraj jeszcze przez lata nie zazna powszechnej i darmowej oświaty. Jednak ten sposób patrzenia na sprawę robienie memów o braku dostępu do nauki, był dla mnie czymś zupełnie nowym. Ci, dla których ten problem jest naturalny i obecny w życiu od zawsze, nie opowiadają o nim z poważną miną, ze szklanymi oczami i przy akompaniamencie dołującej muzyki. Oni robią o tym memy.

***

Historia trzecia: ELIZABETH

Hej, to Ty zrobiłaś mojemu patrolowi zdjęcie w parku podczas gry? Jest mega! Mogłabyś mi je wysłać?

Tak, to ja tamtego dnia kontrolowałam Instagram Pax Lodge i to ja wykonałam tamto zdjęcie. Usiadłyśmy przed moim laptopem, pokazałam też inne zdjęcia, które jej zrobiłam podczas eventu. Wybrała te, które uznała za najbardziej udane i wysłała je sobie mailem.

Elizabeth mimo, że wysoka i dobrze zbudowana, przez swoją młodzieńczą urodę, warkoczyki i błękitną bluzę, wyglądała raczej na uczennicę pierwszej klasy liceum, niż na panią magister. Jednak rozmowa z nią rozwiewała wszelkie wątpliwości. Pani magister. Elizabeth to wyjątkowo wygadana, bystra i charyzmatyczna osoba. Ma ducha przywódcy. Potrafi sprawić, że ludzie za nią pójdą i będą jej słuchać. Zawsze miała na sobie coś, co nawiązywało do jej ojczyzny Zambii. Szalik z flagą kraju, tradycyjną tkaninę na włosach, bransoletkę…

Pewnego popołudnia odbywały się prezentacje uczestniczek seminarium.

Elizabeth mówiła na końcu. Zaczęła historię od tego, że miała ucznia, który notorycznie się spóźniał na zajęcia szkolne. Spytany dlaczego tak się dzieje, odpowiedział, że ma do szkoły bardzo daleko. Elizabeth tamtego dnia postanowiła odprowadzić go po lekcjach do jego rodzinnej wioski. Dotarli dopiero po dwóch godzinach marszu, po pokonaniu piechotą dziesięciu kilometrów. Na miejscu zastali uderzające ubóstwo, a uwagę Elizabeth przykuł chłopczyk tak wychudzony, z tak opuchniętym brzuchem, że był na krawędzi śmierci głodowej. Zabrała go do szpitala, opłaciła jego leczenie. Lekarz powiedział, że gdyby tego nie zrobiła, chłopiec umarłby w ciągu tygodnia.

No dobrze, ale czy w tej sporych rozmiarów wiosce nie ma szkoły?! Czemu jej uczeń codziennie musiał pokonywać dwadzieścia kilometrów piechotą? Cóż, była szkoła. O ile tablicę pod drzewem i kilka żerdzi do siedzenia dla dzieci można nazwać „szkołą”. Wiatr zawieje, deszcz spadnie (a w porze dżdżystej pada dość często) i już nie ma warunków do nauki. Lokalna szkoła nie miała ŻADNYCH podręczników, ani pomocy naukowych, a nawet gdyby miała, gdzie by to wszystko miało być składowane? W takich warunkach pomimo najszczerszych chęci i zapału jedynego nauczyciela, da się nauczyć czytać, pisać i liczyć, ale nic więcej. Elizabeth wzięła sprawy w swoje ręce. Zaczęła organizować prężne zbiórki pieniędzy, zatrudniła specjalistów i wolontariuszy, i niemal własnoręcznie postawiła pod Chinsali szkołę.

Przed…
…i po! Zdjęcia z archiwum prywatnego Elizabeth.

Budynek jest nieotynkowany i kryty strzechą, ale stoi. Daje schronienie przed niepogodą. Deszcz nie jest już tam powodem odwołanych lekcji. Szkole nadal brakuje wielu rzeczy. Książek, przyborów, pomocy naukowych, podstawowych artykułów szkolnych. Żeby nie marnować cennych zeszytów (a przy okazji żeby ćwiczyć motorykę), dzieci najpierw uczą się zapisywać litery palcem na piasku, później na glinianych tabliczkach, dopiero potem dostają do rąk papier.

Mój podziw względem Elizabeth rósł z każdą chwilą. Opowiadała o tym wszystkim nie uważając się za bohaterkę, a jednocześnie unikając wymuszonej skromności. Jej podejście było takie: był problem, ona mogła go rozwiązać, rozwiązała go. Jakby chodziło o podniesienie papierka z ziemi.

Kiedy skończyła, cała sala chciała zadać dokładnie to samo pytanie. JAK MOŻEMY POMÓC? Elizabeth była wyraźnie zaskoczona takim zrywem. Powiedziała, że zawsze zbierają książki w języku angielskim (to język urzędowy Zambii). Oprócz tego wszelkie artykuły szkolne, ubrania, zabawki.

Przeczytałam w życiu sporo artykułów i wpisów na blogach z serii „biały turysta” o tym, w jaki sposób nie pomagać , żeby nie przyczyniać się do jeszcze większej szkody. Podniosłam więc rękę i zadałam Elizabeth pytanie czego nie robić, czego nie dawać? Z sali słyszałam szepty „O, właśnie!”, a kilka osób opuściło rękę. Najwidoczniej chcieli spytać o to samo. Sama Elizabeth zmarszczyła brwi.

Nie rozumiem. Na przykład?

Na przykład, wyślę wam słodycze i okaże się, że dzieci nie mają past i szczoteczek i popsują im się zęby. Wyślę wam coś nowego w folii i nie będziecie mieć co zrobić z plastikiem. Albo że wyślę ubrania i przyczynię się do spadku popytu na lokalne tekstylia… Sypałam z rękawu przykładami.

Co? Bzdura, przecież dzieci codziennie myją zęby i normalnie jedzą słodycze. Co do folii i tekstyliów, w życiu o takich ograniczeniach nie słyszałam. Mamy zapotrzebowanie i przejmujemy się raczej swoimi dziećmi niż biznesami.

Następnego dnia podeszłam do Elizabeth przed jednym z bloków zajęciowych. Zapadło mi w pamięć, że jej młodsi uczniowie uwielbiają kolorowanki, a te są towarem niezwykle deficytowym. Jeśli już się jakieś pojawią od darczyńców, najczęściej są o tematyce zwierząt, zabawek, czy bajek, których dzieci z wioski bez dostępu do prądu w życiu nie widziały. Wiedząc, że przecież mam programy, umiejętności, wiedzę techniczną i możliwości na uczelni powiedziałam, że jeśli dostanę od niej zdjęcia szkoły, uczniów i okolicy, jednym słowem tego, co dzieci znają i mają wokół siebie, mogę zaprojektować dla nich spersonalizowaną kolorowankę, wydrukować w takim nakładzie, w jakim finanse pozwolą i wysłać. Elizabeth bardzo się nakręciła na ten pomysł.

Po kilku dniach pracy na komputerze, niemal niewychodzenia z domu i po przesłuchaniu całego jednego audiobooka, miałam przed sobą siedemnaście autorskich ilustracji do kolorowanki. Trzy wciąż były do zrobienia. Wysłałam Elizabeth to, co miałam z pytaniem, czy nie pominęłam jakiś zdjęć, na których jej w jakiś sposób zależy. Powiedziała tylko żebym umieściła w tej kolorowance siebie. Tak oto kolorowanką na ostatniej stronie zostało moje i Elizabeth wspólne selfie.

Ilustracje już były, ale nadal potrzebowaliśmy okładki i tytułu. Narysowałam więc portret Elizabeth na podstawie zdjęcia, które jej zrobiłam podczas International Night na Juliette Low Seminar. Napisałam do niej na messengerze z pytaniem o pomysł na tytuł. Zaproponowała „Funda”, co w lokalnym języku znaczy „nauka” i co zawiera angielskie słowo „fun” (zabawa).

Przyszedł czas drukowania. Zainwestowałam jedynie w lepszy papier, żeby na pewno wytrzymał kontakt z kredkami, pisakami i żywiołowymi dziećmi. Poza tym starałam się możliwie najbardziej ciąć koszty. Drukowałam, bigowałam, szyłam i cięłam kolorowanki samodzielnie.

I tu chciałabym się zwrócić z prośbą do Was. Do tej pory wszystko co robiłam dla podopiecznych Elizabeth, robiłam na własną rękę, przy użyciu prywatnych funduszy, jednak ten projekt przekracza moje zdolności finansowe. Chciałabym posłać do szkoły w Chinsali co najmniej 100 egzemplarzy (po 50 każdej części), a druk jednej kolorowanki takiej jakości jak bym chciała i na wysokiej jakości papierze to ok. 15 zł. Wysyłka do Zambii to kolejny koszt rzędu 100-200 zł, w końcu papier swoje waży. Każda nadwyżka, jeśli taka się pojawi, zostanie przekazana na rozbudowę szkoły w Chinsali, na którą Elizabeth prężnie zbiera środki.

Link do zrzutki [KLIK]

Link do zbiórki na rozbudowę szkoły [KLIK]

Link do strony stowarzyszenia Founding Communities [KLIK]

Z góry dziękuję za każdą pomoc! Tymczasem żegnam się z Wami. Do następnego razu! |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s