"A co jak Cię porwą, zabiją i sprzedadzą na organy?!"

Pytanie, po którym każda kobieta podróżująca solo wywraca oczy tak mocno, że te wykonują obrót o 360 stopni. „A co jeśli coś Ci się stanie?”, „A jak jakiś facet znajdzie Twój namiot? Dokąd uciekniesz?”, „W hostelu z dziesięcioma osobami w jednym pokoju?! A co jeśli ktoś (…)”.

Po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, jak często bezzasadne są te obawy, kiedy poznałam na ściance wspinaczkowej dziewczynę, która wybiera się latem na objazdówkę motorem po Norwegii, czyli jednym z najrzadziej zaludnionych i najbezpieczniejszych krajów Europy, a jej rodzice, Londyńczycy, zadali jej wypisz, wymaluj powyższe pytania. O tym jaka Norwegia jest bezpieczna może świadczyć fakt, że masa mieszkańców tego kraju nie jest przyzwyczajona do zamykania drzwi na klucz, kiedy wychodzą z domu, albo to że nie mają oporów przed zostawieniem namiotu z drogim sprzętem elektronicznym i udaniem się na całodzienną wędrówkę. A o tym, jaki Londyn bywa niebezpieczny, niech świadczą raporty o atakach nożowników, oraz mój post sprzed kilku miesięcy [KLIK].

Wielu znajomym wydaje się, że jestem samobójcą. Że bezmyślnie pakuję się w „niebezpieczne” sytuacje. Ale to też nie do końca prawda. Zawsze podejmuję pewne środki bezpieczeństwa.

Właśnie wróciłam z trekkingu przez park narodowy Peak District. Pytaniem, które padało za każdym razem po standardowym „I co? Wędrujesz SAMA?!” było „A co jak coś Ci się stanie i nie będziesz w stanie wezwać pomocy?”. Po pierwsze, a co jeśli to samo stanie się w domowym zaciszu? Poślizgnę się w wannie, zasłabnę, zaczadzę, a mój stan nie pozwoli na doczłapanie się do telefonu? Wędrując zawsze mam telefon w kieszeni, wiec prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest znacznie mniejsze.

Po drugie, gdyby zrządzeniem losu jednak znalazła się w takiej sytuacji, od tego mam przyjaciela w mieście, któremu na bieżąco daję znać o moim stanie i lokalizacji. Poinstruowałam go, że będę do niego pisać co wieczór, a jeśli któregoś dnia się nie odezwę bez wcześniejszego uprzedzenia, ma czekać do następnego dnia do południa, w końcu mogę nie mieć zasięgu. Jeśli nadal do niego nie napiszę, ma skontaktować się z brytyjskim Mountain Rescue (odpowiednik GOPR) i zgłosić zaginięcie, podając moje ostatnie znane mu położenie i kierunek, w jakim wędrowałam.

A jak jestem w mieście? Wśród ludzi?

Po prostu wychodzę z założenia, że mam prawo się nie bać. Mam prawo czuć się bezpiecznie. Nie muszę się ograniczać dlatego, że „coś przez kogoś może mi się stać”, w przeciwieństwie do tego, co twierdzi UK Pepper Spray Guide. Gdybym faktycznie miała unikać niebezpieczeństw, musiałabym zmienić uczelnię (kończę zajęcia po zmroku), miejsce zamieszkania (mieszkam i studiuję w rejonie z większą niż średnia liczba przestępstw), zrezygnować ze wspinaczki (wspinam się głównie po 21:00) i… zacząć prowadzić życie hikikomori. A na żadną z tych rzeczy się w najbliższym czasie nie zapowiada. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s