Samotne przejście parku narodowego Peak District

Cześć, jestem Asia! Mam 21 lat i właśnie ukończyłam trekking przez park narodowy Peak District w poziomej linii.

Jest godzina 21:00, siedzę w Burger Kingu. Zamówiłam szejka, na którego nawet nie miałam ochoty, tylko po to, żeby posiedzieć chwilę w cieple i żeby skorzystać z gniazdka i podładować telefon. Obiecałam sobie, że kiedy na ekranie telefonu pojawi się „75%”, wyjdę i będę kierować się w stronę dworca, gdzie mam spotkać się z Ulą. Siedziałam z nosem w książce i usiłowałam zabić czas.

Przepraszam, mogę podłączyć telefon?

Odwracam się i widzę dwie dziewczyny, na oko w moim wieku. Tak nienagannie umalowane, ubrane i uczesane, że w moich trekkingowych ciuchach, ubłoconych butach i nogawkach i niemytych od kilku dni włosach, natychmiast poczułam się jak lump.

Jasne! I tak już miałam wychodzić.

Ojej, nie chciałyśmy Cię wyganiać! Co czytasz?

„Zabić drozda”. Jestem w połowie.

Och. Nie znam. O czym to?

Ogarnęło mnie lekkie zdziwienie. Przecież „Zabić drozda” to klasyka anglojęzycznej literatury, więc dziewczyny, zwłaszcza że ciemnoskóre i, sądząc po akcencie, nie mieszkały w Anglii od wczoraj, powinny tytuł co najmniej kojarzyć.

O prawniku, który broni czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie w małym miasteczku w Ameryce w latach trzydziestych. Cała historia jest widziana oczami jego dzieci, które nie do końca rozumieją, co się wokół nich dzieje.

Rozmowa naturalnie obrała oczywisty temat: Gdzie ja z tym plecakiem wędruję? Odpowiedziałam, że właśnie ukończyłam trekking z Manchesteru do Sheffield. Tym zdaniem na dobre zyskałam ich uwagę, a w Burger Kingu, zamiast z niego wyjść, zostałam na jeszcze półtorej godziny. Dziewczyny chciały wiedzieć wszystko.

Zaczęłam w uroczym miasteczku New Mills, gdzie w biurze informacji turystycznej na reszcie udało mi się kupić mapę parku narodowego. W Londynie można było dostać mapę każdego zakątka Anglii, tylko nie tego. Dostałam tam też od przemiłego sprzedawcy magnes, który bez znajomości kontekstu wygląda dość dziwacznie. Jest to tabliczka z napisem „JIVE I BE-BOP SĄ ZABRONIONE. Tancerze, których zachowanie będzie gorszyć pozostałych gości, mogą zostać wyproszeni przez ochronę Ratusza”. Dowiedziałam się od owego starszego pana, że w latach 50-tych, 60-tych i 70-tych sobotnie potańcówki w ratuszu w New Mills zawsze przyciągały tłumy z całej okolicy, a na mocno protestanckiej angielskiej prowincji, jive i be-bop były powszechnie uznawane za zbyt gorszące i seksualne, i w związku z tym były zakazane.

***

Zaczęłam wędrówkę w kierunku szczytu Kinder Scout, bez większej nadziei, że go zdobędę, gdyż wyruszyłam stosunkowo późno. Szłam przez przepiękny, ciepły krajobraz wyżynny, otoczona ze wszystkich stron ciekawskimi owcami. Marsz zdecydowanie utrudniało błoto, na którym łatwo było o poślizgnięcie i przez które musiałam ostrożnie stawiać każdy krok.

W pewnym momencie przypałętał się do mnie niezwykle śmiały ptak. Moja słabiutka wiedza w dziedzinie ornitologii nie pozwoliła mi na zidentyfikowanie go, jednak z pewnością mogłam powiedzieć, że nigdy przedtem tego stworzenia nie widziałam. W ogóle się mnie nie bał. mogłam podejść do niego bardzo blisko. Wydawał bardzo charakterystyczne dźwięki przypominające raczej te wydawane przez postacie z ośmiobitowych gier, a niżeli żywe stworzenie. Próbowałam go ominąć, a ten szedł za mną, wyraźnie zaciekawiony intruzem na jego terenie.

Nadszedł wieczór, zaczęło się ściemniać, a to oznaczało, że trzeba poszukać schronienia. Dowiedziałam się z facebookowej grupy „Mountains for the Mind”, że obozowanie na dziko jest w Anglii generalnie zabronione, ale powszechnie tolerowane. Powiedziano mi, że mam się nie bać, a rozstawiając namiot trzymać się tych zasad i będzie dobrze:

0. NIE ZOSTAWIAĆ PO SOBIE ŚLADU.
1. Obozować wysoko i z dala od szlaku.
2. Upewnić się, że nie znajduję się na pastwisku.
3. Upewnić się, że nie znajduję się w zasięgu niczyjego wzroku.
4. Używać latarki ostrożnie, żeby nie przyciągać uwagi.
5. Dostosowywać się do sytuacji i po prostu nie być kretynką.

Pierwszego dnia zadanie ułatwiła mi mgła. Rozstawiając namiot na szczycie niezidentyfikowanej wówczas góry, znajdowałam się ponad poziomem chmur.

Nastawiłam budzik na 6:00 rano z myślą, że zaraz po tym jak zwinę namiot, będę jeść śniadanie gapiąc się na wschód słońca. Jakie więc było moje rozczarowanie, kiedy po rozpięciu namiotu zamiast górskiego wschodu słońca, widziałam jedynie gęstą mgłę! No ale nic, rozpaczanie nic nie da, a namiot zwinąć trzeba. W potwornym wietrze przystąpiłam do pracy. Po dłuższej chwili moje ręce zmarzły na kość. Na szczęście mgła zaczęła opadać, a ja miałam szansę doświadczyć jednego z piękniejszych widoków w moim życiu.

Cały czas towarzyszyły mi charakterystyczne odgłosy wciąż niezidentyfikowanego wówczas ptaka, który poprzedniego dnia zaszedł mi drogę.

Wróciłam na szlak. Przyjrzawszy się mapie doszłam do wniosku, że nocowałam na szczycie Swine’s Back. Schodząc spotkałam kobietę, która mieszka w dolinie i wybrała się na poranną przebieżkę, ale zamiast tego stała i podziwiała widoki. A tamtego ranka naprawdę było co podziwiać. Przez chwilę szłyśmy razem i rozmawiałyśmy. O Norwegii, o Anglii, o wędrowaniu, o życiu w Peak District. Chwilę potem owa pani stwierdziła, że wróci do biegania, a ja znów na co najmniej dwie godziny szłam w zupełnej samotności. Takie uroki wędrowania poza sezonem.

Idąc tak przed siebie trafiłam na tablicę informacyjną i… W końcu dowiedziałam się, jak nazywał się mój ptasi towarzysz! Red Grouse, czyli Pardwa szkocka. Udało mi się też znaleźć nagranie jej czuszykania i trafiłam przy okazji na ciekawą historię. Ponoć ich wołanie brzmi jak „go back, bo back, go back” („wracaj, wracaj, wracaj”) i można je usłyszeć, kiedy za bardzo oddali się od ludzkich osad. Kiedy ja spotkałam pardwę szkocką, znajdowałam się w prostej linii na mapie 7 km od najbliższych miejscowości.

Tamtego dnia przed południem dotarłam do pierwszej miejscowości – Edale. Pierwszą misją na miejscu było znalezienie zapałek. Oglądając „Dziką drogę” śmiałam się z Cheryl, że napełniła kuchenkę podróżną złym paliwem, tymczasem sama do swojej nie wzięłam zapałek.

Przekroczyłam też Great Ridge, czyli pasmo pomiędzy Edale a Castleton i Hope. Z tabliczki informacyjnej dowiedziałam się, że przez kawał historii kobiety musiały codziennie przechodzić przez Great Ridge do pracy w fabryce w Hope. Taka wędrówka jest bardzo męcząca i trwa godzinę w jedną stronę. Często kiedy pogoda się załamywała, albo mróz dawał o sobie znać, kobiety musiały nocować w miejscu pracy, gdyż powrót do domu wiązał się z za dużym ryzykiem. Prawdziwą rewolucją w okolicy była budowa kościoła w Edale. Dzięki temu mieszkańcy wsi nie musieli już co niedzielę odbywać długich pielgrzymek, i wreszcie mogli chować zmarłych „u siebie”, bez konieczności transportowania ciał wozami przez góry.

Krowy pasące się u podnóża góry.
Wierzchołek Back Tor

W Castleton zjadłam przepyszną i taniutką bagietkę na obiad, napełniłam wodą niemarkowego Camelbaka i udałam się w stronę Hope. Ta trasa była dość uciążliwa, gdyż przez całe dwa kilometry prowadziła przez owcze pastwiska, które tonęły w błocie. W dodatku co kilkaset metrów trzeba było albo przechodzić przez płot górą, albo kombinować, żeby przy bramie z zalaną i zadeptaną ziemią nie przemoczyć butów. A ścieżka wcale nie wynagradzała tego urodą.

Dotarłam do Hope tuż przed zachodem słońca i momentalnie priorytetem stało się szukanie miejsca na biwak. Sytuacja wyglądała marnie. Camping zamknięty poza sezonem, całe miasteczko otoczone pastwiskami, co chwilę mijałam znak „zakaz obozowania”. Spanie na dziko jest super i nie mam z nim najmniejszego problemu jeśli chodzi o logistykę. Tylko łamanie prawa, które się z nim w wielu miejscach wiąże to nie do końca moja bajka. Miałam dwa wyjścia: wdrapać się na szczyt góry i liczyć na to, że tam nie ma pastwiska, albo wsiąść w ostatni autobus do Sheffield i tam przespać się w hostelu. Postawiłam na to drugie.

***

Postanowiłam kontynuować wędrówkę z Sheffield ze względu na koszty. Iść w kierunku Hope i stamtąd wsiąść w pociąg do Manchesteru. Pierwsze kilkanaście kilometrów przeszłam poboczem, musząc co chwilę schodzić na podmokły trawnik żeby zrobić miejsce przejeżdżającym samochodom.

Mając tego dość, zeszłam na szlak, który zgodnie z mapą był równoległy do drogi i za kilka kilometrów by się z nią znowu zazębił. Na moje nieszczęście szlak przecinał płot z drutem kolczastym oddzielającym pastwisko, a przejście do drogi blokowało bagno, które okazało się nie do przejścia. Zrezygnowana wróciłam do punktu wyjścia. Straciłam godzinę, zrobiłam nadprogramowe 5 km i byłam zła jak chrzan. Żeby się pocieszyć, powtarzałam sobie tylko, że to, co przez te malownicze kilka kilometrów zobaczyłam, to moje.

Doszłam do pasma górskiego Stanage Edge i wspięłam się na nie. Mniej więcej o tej porze musiałam zacząć szukać schronienia. Zadanie było z jednej strony proste – Stanage Edge było pełne skał, wystarczyło jedynie znaleźć taką, która chroniłaby mnie przed widokiem spacerowiczów z psami, oraz przed wzrokiem rolników, których dom znajdował się u podnóży góry. Pasmo szczytów teoretycznie znajdowało się na pastwisku, ale jego stroma krawędź była dla owiec nieosiągalna, o czym świadczyło kilka owczych szkieletów i zwały wełny śmiałych osobników, które próbowały tamtędy zejść. Po chwili udało mi się znaleźć idealną jaskinię, w sam raz żeby pomieścić mój namiot. Nie myślałam długo, przystąpiłam do rozstawiania się.

Tamtego dnia, na tamtej wysokości potwornie wiało. Słyszałam dmuchanie, gwizdy i huczenie wiadru, ale skała w całej swojej surowości otulała mój namiot jak miękka kołderka, a mi dzięki temu było ciepło i przytulnie.

Rano spakowałam dobytek i wdrapałam się ponownie na szczyt, mijając już kilku pierwszych masochistów, którzy o 7:00 rano rozpoczynali wspinaczkę. Jeden ze spacerowiczów spytał, dokąd się wybieram. Powiedziałam, że planuję dojść do Hope i zakończyć moją wędrówkę po Peak District. Ten radził mi się spieszyć, ponoć nadciągała potężna burza.

Wtedy właśnie po raz pierwszy dowiedziałam się o huraganie Ciara.

Zjadłszy śniadanie na Stanage Edge, zaczęłam schodzić i kierować się na zachód. Zmorą tego szlaku były płoty ogradzające pastwiska i fakt, że za każdym razem marnowało się czas i energię na szukanie furtki lub drabiny. Będąc już dobre kilka kilometrów od mojego miejsca noclegu, idąc wzdłuż płotu z drutem kolczastym, wyszły mi naprzeciw dwie Chinki, które właśnie takiej furtki szukały. Powiedziałam im, że są już bardzo blisko, że to tuż obok skrzyżowania. Podziękowały, a ja wiedząc, przez ile błota będą musiały przebrnąć w drodze na szczyt, pomodliłam się za nie i za ich białe converse’y.

Moja droga prowadziła przez kilka kilometrów w dół. Wiedziałam, że przed samym Hope będę miała do przekroczenia jeszcze jedno wzgórze, a ostatnia prosta będzie już relatywnie płaska.

Owo wzgórze szło mi jak krew z nosa. Było bardzo strome, do tego stopnia, że chwilami ścieżka zamieniała się w schody i, jak na złość, ta trasa była dość popularna. Na domiar złego trwał właśnie jakiś bieg i co chwila musiałam schodzić z drogi to biegaczom, to rodzinom z dziećmi, które schodzą, to wędrowcom bez bagażu, którzy szli szybciej ode mnie.

Bardzo zależało mi na tym, żeby zdążyć na pociąg do Manchesteru, a zgodnie z Mapami Google miałabym tego dokonać styk. W tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że każdy jeden przystanek z tego poranka mógłby okazać się tym jednym przystankiem za dużo. Czas gonił, a ja przez ostatnie pięć kilometrów na przemian szłam szybkim krokiem i biegłam. Dotarłam na stację dwie minuty przed odjazdem.

Wskoczyłam do pociągu i w drzwiach zastałam… Te same Chinki, którym parę godzin temu pokazałam drogę! Kiedy część pasażerów wysiadła w Edale, przez chwilę było w pociągu na tyle luźno, że dałyśmy radę usiąść. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że są z Chin i że studiują w Manchesterze. Pogawędziłyśmy jeszcze chwilę o mojej wędrówce i o ich wejściu na Stanage Edge. Niestety nie zapamiętałam ich imion.

Tak samo zresztą jak imion tamtych dwóch dziewczyn z Burger Kinga.

***

Jeden shake i dwa zestawy nacho serków później, kiedy już rozmawiałyśmy jakbyśmy się znały od wieków, po tym jak pokazałam moim nowym znajomym działanie niemarkowego Camelbaka, wytłumaczyłam jak działają tabletki oczyszczające wodę, których zresztą ani razu nie użyłam, mój telefon w końcu zawibrował. Ula i Dominika wylądowały, będą na dworcu za 40 minut. Pożegnałyśmy się, wymieniłyśmy się numerami telefonu i poszłyśmy każda w swoją stronę.

Wczoraj dostałam SMS-a z niezapisanego numeru o treści „Hi Joanna! How are you?”. Śmiem podejrzewać, że historia naszej znajomości wcale nie skończy się na tamtym posiłku w fast foodzie i na jednym wpisie na moim blogu. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s