Odyseja | Koronawirus

Na ten temat planowałam napisać zupełnie inny tekst, nawet zrobiłam już do niego research. Zainspirowana faktem, że jestem na pograniczu dwóch światów: Polski, gdzie zachęca się do niewychodzenia z domu i Wielkiej Brytanii, gdzie imprezy masowe odbywają się bez żadnych ograniczeń, chciałam napisać o tym, jak do tematu podchodzą inne kraje.

O Norwegii, gdzie instytucje publiczne są zamknięte, ale nie ma presji siedzenia w domu.
O północnych Włoszech, gdzie sytuacja jest krytyczna i o mojej mediolańskiej znajomej, która kilka dni temu musiała podjąć decyzję – wrócić do kraju z Barcelony, stracić zajęcia na uczelni i skazać się na izolację, czy nie zobaczyć rodziny i ukochanego przez kilka miesięcy.
O Hiszpanii, której mieszkańcy są wściekli, że rząd bagatelizuje problem, a przez to ich życie jest narażane na niebezpieczeństwo.
O Zambii, gdzie wiedza na temat wirusa jest znikoma i gdzie wszyscy są przekonani, że jak tylko pandemia dotrze i tam, zdziesiątkuje ona populację kraju, bo służba zdrowia na pewno sobie z nim nie poradzi.

Jednak na horyzoncie pojawił się inny problem, znacznie bliższy mi osobiście.

Powrót do kraju.

Ale zacznijmy od początku.

***

Poniedziałek, 9 marca

Życie się toczy. Słyszy się od czasu do czasu o koronawirusie jako o nowej, egzotycznej chorobie gdzieś daleko. Wszyscy znacznie bardziej niż epidemią przejmują się pracą domową uczelnię. W Polsce ogląda się na ten temat mrożące krew w żyłach filmiki Weroniki Truszczyńskiej i Krzysztofa Gonciarza. Tu, na UAL w Londynie, co tydzień dostajemy od władz uczelni newsletter o koronawirusie, kierowany głównie do studentów z Chin, którzy mogliby mieć styczność z miastem Wuhan. Przesłano nam instrukcję postępowania na wypadek, gdybyśmy zauważyli u siebie niepokojące objawy.

***

Środa, 11 marca

Wiadomo już, że wirus dotarł do Polski. Premier podejmuje decyzję o zamknięciu wszystkich placówek oświatowych. Mój brat cieszy się labą, godziny pracy mojej mamy zajmującej się sprawami studentów zagranicznych na Uniwersytecie Adama Mickiewicza zostają mocno okrojone.

***

Piątek, 13 marca

Rano.

Dzwoni do mnie mama. Jest świeżo po rozmowie ze swoją przyjaciółką, która poradziła jej, żeby NATYCHMIAST ściągać mnie do Polski, bo nie wiadomo, jak sytuacja się rozwinie. Mama, nakręcona już na amen, miała przed sobą porównywarkę lotów, a ja wywracałam oczami ze zdenerwowaniem. Przecież nie ma powodu do paniki! Mam do wyboru lot w niedzielę o 6:00 rano, albo w poniedziałek o zdecydowanie bardziej kuszącej 8:30. Ostatecznie ze względu na cenę decydujemy się na ten niedzielny. Obie szczerze się cieszymy, że niedługo będę w domu.

Wieczór.

Jest pora Wiadomości. Moi rodzice siedzą przed telewizorami, do mnie docierają strzępy informacji udostępniane przez podróżniczych influencerów na Instastory. „Z OSTATNIEJ CHWILI!!! PREMIER MORAWIECKI PODJĄŁ DECYZJĘ O ZAWIESZENIU RUCHU LOTNICZEGO NAD POLSKĄ DO ODWOŁANIA I O ZAMKNIĘCIU GRANIC DLA OBCOKRAJOWCÓW!!!”. Dzwonię do mamy. Ów zakaz miał obowiązywać już od soboty, co oznaczałoby, że mój lot się nie odbędzie. Jesteśmy załamane.

***

Sobota, 14 marca

Na Messengerze pisze do mnie koleżanka z kierunku. Również Asia, również Polka. Znalazła lot do Berlina na poniedziałek w przyzwoitej cenie. Stamtąd mogłybyśmy złapać busy do mojego Poznania i do jej rodzinnego Szczecina. Szybko konsultuję ten pomysł z mamą. Klamka zapada, kupujemy bilety!

Cały dzień spędzam na szukaniu informacji na temat kwarantanny, utrudnień w transporcie publicznym, typów przejść granicznych i cen usług, z których będziemy musiały po drodze skorzystać. Zaczynają krążyć słuchy o akcji #LOTdoDomu, ale my już miałyśmy bilety do Berlina.

Szybko zdaję sobie sprawę z tego, że nie czeka mnie zwykła podróż do domu. Przede mną prawdziwa Odyseja.

***

Niedziela, 15 marca

Po przebudzeniu siadam przed komputer i sprawdzam wszystkie możliwe połączenia z Berlina do Poznania i Szczecina. Busów zdaje się już nie być, najbliższe wolne miejsca są na wtorkowe popołudnie. Nas interesuje poniedziałek rano. Przy okazji trafiam na artykuły o zdesperowanych Polakach płacących nawet 2 000 zł łapówki za miejsce. Na stronie Deutsche Bahn figuruje pociąg z Poznania do Berlina, ale wiedząc, że wszystkie połączenia kolejowe z zagranicą miały być zawieszone, wstrzymuję się z kupnem biletów. Na infolinię DB nie mogę się dodzwonić. Udaje mi się połączyć z biurem obsługi klienta dworca Poznań Główny i dyspozytorka potwierdza moje przypuszczenia – taki kurs z pewnością się nie odbędzie.

Koleżanka Niemka radzi mi, żebyśmy jechały z Asią pociągiem z Berlina do Frankfurtu nad Odrą i przekroczyły granicę pieszo. To się na razie wydaje najbardziej sensownym pomysłem.

Po łącznie czterech godzinach ślęczenia przed komputerem, mam to. Patrzę na swoje dzieło, jakim jest plan trasy. Z mojego Vauxhall pojedziemy na dworzec Victoria. Stamtąd weźmiemy pociąg na lotnisko Gatwick. Lecimy do Berlina Tegel, transportem publicznym dojedziemy na berliński Dworzec Główny, gdzie wsiądziemy w pociąg do Frankfurtu nad Odrą. Przekroczymy granicę w Słubicach i stamtąd wsiądziemy w pociąg do Rzepina. A tam ja złapię pociąg do Poznania, a Asia swój – do Szczecina. Plan szalony, ale niestety najprostszy.

Pakuję się, sprzątam, zużywam resztki jedzenia. Asia ma u mnie być koło 23:00, pojedziemy na dworzec razem.

Asia dzwoni jeszcze na infolinię Ministerstwa Spraw Zagranicznych, żeby upewnić się, jak wygląda kwestia przekraczania granic. Powiedziano nam, wbrew temu, co wyczytałam w internecie, że granica ze Słubicami jest zamknięta i jeśli chcemy przejść do Polski pieszo, musimy zrobić to na przejściu w Świecku. Wyszłyśmy z założenia, że prędzej w błędzie jest Wirtualna Polska, niż oficjalna infolinia MSZ, więc wprowadziłyśmy poprawkę do planu podróży. Nie było nam to absolutnie na rękę, dodawało nam to jakieś 5 km marszu.

***

Poniedziałek, 16 marca

Wyszłyśmy z domu po 2:00 w nocy. Na dworcu Vauxhall wsiadłyśmy w autobus na Victorię, skąd miałyśmy jechać pociągiem na Gatwick. Dworzec okazał się być zamknięty na głucho, nic nie wskazywało na to, żeby nasz pociąg, którego godzina odjazdu jak gdyby nigdy nic widniała w mapach Google, miał pojechać. Trzeba było szybko znaleźć alternatywę. Na szczęście z Victorii niedługo odjeżdżał autokar w stronę lotniska i dzięki błędowi biletomatu, zapłaciłyśmy za dwa bilety tyle, co za jeden. Pomyślałyśmy, że to dobry znak na początek tułaczki!

Na lotnisku miałyśmy do załatwienia dwie rzeczy: kupno maseczek i porządne śniadanie, które nas nasyci na parę godzin. Weszłyśmy do pierwszej apteki. Nie sprzedają maseczek. Weszłyśmy do drugiej, tam ta sama sytuacja. Byłyśmy w szoku, jak beztrosko się w Wielkiej Brytanii podchodzi do kwestii wirusa. Przecież lotnisko to drugie miejsce po placówkach medycznych, gdzie owych maseczek nigdy nie powinno brakować! W końcu znalazłyśmy je w trzeciej aptece, do której poszłyśmy. £7 (35 zł) za sztukę! Rozbój w biały dzień! W dodatku te maski były potwornie niewygodne. Duże, miały kształt kaczych dziobów. Uwierały w nos, opierały się o dolne powieki, a jak się zsunęły, naciskały na szyję.

Zdenerwowane na hieny, które próbują zarobić na globalnym kryzysie, zaczęłyśmy szukać knajpy na śniadanie. Szybko przekonałyśmy się, że w Gatwick nad ranem łatwiej jest znaleźć perfumy Diora i szwajcarski zegarek, niż sycące wege śniadanie. Stanęło ostatecznie na osławionym, piekielnie drogim Pret A Manger, ale na jakość jedzenia i porcje nie mogłyśmy narzekać.

Udało nam się przespać cały lot. Zleciało jak z bicza strzelił. O 9:30 byłyśmy już w Berlinie Tegel. Wyszłyśmy z samolotu rozdrażnione i zaspane, jak zawsze po przerwanej drzemce. Uwagę Asi zwrócił mężczyzna rozmawiający przez telefon, trzymający tabliczkę „SZCZECIN WOLNE MIEJSCA”. Pełne nadziei poszłyśmy w jego stronę. Okazało się, że telefon, który ten przed chwilą odebrał, był od osoby, która owe miejsca wykupiła. Mężczyzna poradził nam podejście na terminal A, gdyż stamtąd odjeżdżają busy do Polski. Tak też zrobiłyśmy, ale nie zastałyśmy niczego, nawet metaforycznego toczącego się suchego krzaczka przez pustynię. Trzeba było wrócić do pierwotnego planu. Miałyśmy szczęście, bo trafiłyśmy akurat na odjazd autobusu w stronę dworca Berlin Hauptbahnhof.

Zdjęcie: @joanna.rgb

Matko, jaki ten dworzec był futurystyczny! Wyglądał jak prezent dla nas od przybyszów z roku 2120. Niestety przez całą podróż miałam aparat w plecaku, czego teraz nie mogę odżałować. Zorientowanie się w plątaninie pięter, ruchomych schodów, mostów i balkonów nie było najprostsze, ale w końcu znalazłyśmy kasy. Kupiłyśmy bilety w jedną stronę do Frankfurtu nad Odrą i zdążyłyśmy do niego wsiąść w samą porę. Ja po raz kolejny wpadłam w objęcia Morfeusza, Asia czuwała.

Wysiadłyśmy. Na miejscu słychać było prawie wyłącznie język polski. Wszyscy mieliśmy jeden cel – przekroczenie granicy. Okazało się, że do przejścia mamy dobre trzy kilometry. Ja dałabym radę, ale Asia podróżowała z dość sporą walizką. Zdecydowałyśmy się wziąć taksówkę. Kierowca okazał się być nieanglojęzyczny, więc Asia odkurzając swój od lat nieużywany język niemiecki, próbowała wytłumaczyć kierowcy, że dowiedziałyśmy się, że przejście w Słubicach jest nieczynne i że w związku z tym chcemy się dostać do Świecka. Taksówkarz upierał się jednak, że Słubice są jak najbardziej otwarte i że rzekome przejście piesze w Świecku to tak naprawdę autostrada. Postanowiłyśmy mu zaufać, przecież w najgorszym razie poprosiłybyśmy go o zawrócenie i obranie azymutu na Świecko.

Zdjęcie: @joanna.rgb

Przejście w Słubicach okazało się otwarte. Był to prowizorycznie ustawiony mur z pachołków i namiot z kilkoma szkolnymi ławkami do wypisywania dokumentów. Kolejka nie była długa, spędziłyśmy w niej może pięć minut. Mężczyzna ubrany od stóp do głów w pomarańczowy kombinezon i nieco bardziej zaawansowaną maskę niż nasze, sprawdził nam temperaturę. Następnie wręczono nam formularze do wypełnienia i kazano się ustawić z nimi w kolejce jak już będziemy gotowe. W formularzu były pytania o dane personalne, o adres i o dane kontaktowe. Kiedy przyszła moja kolej, podeszłam do stołu. Tam spytano mnie, skąd podróżuję. Uwierzono mi na słowo, że z Londynu. Członkini straży granicznej narysowała zakreślone „K” na moim formularzu i poinformowała mnie, że będę musiała się podjąć dwutygodniowej kwarantannie. Wręczyła mi kartkę A5 ze szczegółową instrukcją.

PRZEKROCZYŁYŚMY GRANICĘ!

Teraz musiałyśmy się kierować w stronę dworca w Słubicach, żeby dostać się pociągiem do Rzepina i tam w końcu się rozstać. Czasowo sytuacja wyglądała nieciekawie. Miałyśmy sporo do przejścia, pociąg odjeżdżał lada moment. Szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że nie zdążymy. Myślałyśmy, że mamy wystarczającą rezerwę czasową i i tak poruszałyśmy się najszybciej, jak to było możliwe. Ten pociąg to było jedyne połączenie z Rzepinem. Do dworca autobusowego miałyśmy kilka kilometrów. Nikt nie weźmie autostopowiczów w samym środku koronawirusowej histerii. A czas naglił. Musiałyśmy znowu dzwonić po taksówkę.

Wypłaciłam w bankomacie 100 zł. Miałyśmy do przejechania tylko 15 km, więc zakładałam, że zapłacimy w porywach 50 zł, drugie 50 miało być na bilet na pociąg.

Taksówkarz od razu zrobił na nas marne wrażenie. Niewiele starszy od nas, nachalny, boleśnie ekstrawertyczny, co chwilę rzucał grubiańskie żarty i sam się z nich śmiał. W pewnym momencie odebrał przy nas telefon.

Ja już panu mówiłem. U mnie to kosztuje 300 zł.

Po zakończonej rozmowie pochwalił się nam, że zawsze zawyża ceny Ukraińcom. Dlaczego? Pozwolę sobie jego uzasadnienia nie cytować, żeby oszczędzić sobie i Wam podwyższania ciśnienia. Zawsze w takich sytuacjach toczy się we mnie wewnętrzna walka. Postawić się? Przyznać się, że spędziłam trzy lata dzieciństwa w Kijowie? A może odezwać się nienaganną ukraińszczyzną i liczyć, że zrobi mu się głupio i przeprosi? Wtedy nie zareagowałam wcale. I nie mogę tego odżałować.

Zanim nas wysadził, wyszedł jeszcze na chwilę do Żabki „po fajki” i zostawił nas same w taksówce. Dowiózł nas w końcu na dworzec i zaśpiewał… 150 ZŁ!!! Za 15 kilometrów! No tak, nasz błąd. Powinnyśmy go były od razu spytać o cenę, przecież on nawet nie miał taksometru. Ale czy to by coś zmieniło? Przecież jego taksówka była jedynym, poza pociągiem kursującym dwa razy dziennie, środkiem transportu ze Słubic do Rzepina. Musiałam wypłacić z bankomatu jeszcze 100 zł. Pożegnaliśmy się. Pozostał ogromny niesmak.

Na dworcu okazuje się, że wszystkie okienka kas są zamknięte. Nie ma ochrony, informacji, jednym słowem nikogo, kto zawiadywałby całym tym chaosem. Pod rozkładem jazdy znajdował się namiar na infolinię. Ta nie odpowiadała. W kilku miejscach rozwieszone były tylko kartki z lakonicznymi komunikatami w języku polskim, że pociągi z i do Niemiec, Czech i Białorusi nie będą kursować na tych trasach. Pociąg Asi do Szczecina miał odjeżdżać za pół godziny, mój, do Poznania, za półtorej. Tylko cały czas nie byłyśmy pewne, czy one w ogóle pojadą. Bo w końcu jeśli w rozkładzie wydrukowanym poprzedniego dnia widnieje pociąg z Berlina do Warszawy przez Poznań, to przez „nie będą kursować na tych trasach” mamy rozumieć że wystartują dopiero ze Słubic, lub Rzepina, czy że nie wystartują wcale?

Zdjęcie: @joanna.rgb

W pewnym momencie podszedł do nas mężczyzna w średnim wieku, wyraźnie pod wpływem alkoholu. W pierwszym odruchu pomyślałam, że będzie chciał nas poprosić o drobne. Jednak w żadnym wypadku nie mogłam się spodziewać tego, co ten dzień jeszcze ma dla mnie w zanadrzu.

Psza… Przaszam… Czy panie mówią po angielsku?

Tak! A o co chodzi?

Okazało się, że za nami na ławce na dworcu w Rzepinie (woj. Lubuskie, 6600 mieszkańców) siedzi… Kompletnie zdezorientowany Koreańczyk! Okazało się, że mieszka na co dzień w Dublinie, jest miłośnikiem podróży i dzięki koronawirusowi udało mi się kupić tanie jak barszcz loty do Poznania. Rano przyjechał jak gdyby nigdy nic na lotnisko w Ławicy, a tam zonk, ruch lotniczy nad Polską zawieszony do odwołania! W związku z tym Son (tak się przedstawił) próbuje się przedostać do Niemiec i stamtąd załapać się na jakikolwiek lot do Dublina. Na razie utknął w Rzepinie. Nie rozumie, dlaczego pociąg do Berlina, który jest w rozkładzie i który został zapowiedziany przez głośniki, nie przyjechał. W końcu informacja o zawieszeniu kursów była tylko w języku polskim.

Podczas gdy my z Asią się tego wszystkiego dowiadywałyśmy, nachalny podpity mężczyzna cały czas nie chciał nam dać spokoju. Co chwilę wtrącał „A CO ON MÓWI?”, „A PANIE TO SKĄD SĄ?”, „PANI, ON MUSI PRZEBOOKOWAĆ TEN LOT CO MIAŁ MIEĆ Z POZNANIA NA LOT Z HAMBURGA! PAAANI, TŁUMACZ NO, JA SIĘ ZNAM NA TYM!”. Próbowałam mu wyperswadować, że nie, nie zna się. Nie da się przebookować lotu, który już w teorii się odbył. Zresztą Son powiedział już, że infolinia linii lotniczych nie odpowiada. Miałam identyczną sytuację jak chciałam się dowiedzieć, co stanie się z moim lotem do Poznania. Nasz nowy koreański znajomy czuł się wyraźnie niezręcznie w tej sytuacji: utknął w małym miasteczku w kraju, którego nie zna, na dworcu z którego nie jeżdżą pociągi, nikt dookoła nie mówi po angielsku i jeszcze nagabuje go jakiś starszy podchmielony mężczyzna.

W końcu, zapewne po to, żeby pozbyć się niechcianego towarzysza, Son poszedł w stronę przystanku autobusowego, żeby zapoznać się z rozkładem jazdy. Plan się powiódł, pan przylepa poszedł w swoją stronę. Asia wsiadła już do swojego pociągu, ja w dalszym ciągu miałam do zabicia całą godzinę. Son w końcu wrócił. Rozszyfrowałam i wytłumaczyłam mu wyjątkowo nieczytelny rozkład jazdy. Że „(DA)” oznacza „Dworzec Autobusowy”, czyli „Bus Station” (nie mylić z „Bus Stop”) że pasują mu trzy z czterech połączeń, tylko że dwa robią dość spory objazd i tłumaczyłam, że prawdopodobnie będzie musiał SKASOWAĆ bilet w KASOWNIKU. Starałam się wyjaśnić mu to najprościej jak się dało, ale widziałam, że mimo moich starań czuje się jak na lekcji fizyki kwantowej. Stanowczo odradzałam mu branie taksówki, bo kierowca – ksenofob ogołociłby mu portfel.

Mój pociąg w końcu został zapowiedziany przez głośniki. Z tym, że zostało powiedziane, że odjedzie z peronu piątego, zamiast, jak czarno na białym stało w rozkładzie, z drugiego. Faktycznie jakiś pociąg przyjechał. Pożegnałam się z Sonem i poszłam w stronę peronu.

Przepraszam, czy to jest pociąg do Warszawy? spytał chłopak mniej więcej w moim wieku.

Gdzie tam, panie! Bielsko-Biała! – odpowiedział konduktor.

Ale… Przez Poznań i Warszawę? dopytywał zdezorientowany.

Hehe, panie! To na południe, nie ten kierunek!

Kłębiliśmy się na peronie jak dzieci we mgle. Co z naszym pociągiem?! Dlaczego na jego peronie, o jego porze stoi jakiś inny?! Wciąż była szansa, że przyjedzie grzecznie na peron drugi, jak sugerował rozkład. Widząc pociąg stojący w tamtej okolicy dworca, niewiele myśląc pobiegłam w jego stronę. Miał za minutę odjeżdżać!

Kiedy podbiegłam bliżej, okazało się, że ów pociąg nie stoi na peronie drugim, a pierwszym. I że jest to kurs do Zbąszynka. Ucieszyłam się, Zbąszynek brzmiał jak dobry plan B, stamtąd co drugi pociąg jeździ do Poznania.

No właśnie, ale gdzie był MÓJ pociąg?!

Zrezygnowana, w obawie że jeśli zaraz nie wsiądę do pociągu do Zbąszynka, zostanę na lodzie na kolejne kilka godzin, poszłam w jego stronę. Wsiadłam, pociąg ruszył chwilę później. Przez korytarz szybkim krokiem szła kontrolerka w masce, licząc pasażerów. Chciałam kupić bilet, w końcu na stacji nie miałam takiej okazji.

Przepraszam! powiedziałam.

Kobieta machnęła mi jedynie ręką przed twarzą na znak, że mam jej nie przeszkadzać. Nie przechodziła już po raz drugi.

Droga mi się dłużyła, zwłaszcza przez fakt, że musiałam skorzystać z toalety. Ta na stacji była nieczynna, a w pociągu nie było jej w ogóle.

Dojechałam do samego Zbąszynka za darmo mimo, że przecież miałam zamiar zapłacić. Z pociągu wysypała się masa ludzi. Wreszcie los się do mnie uśmiechnął: na sąsiednim peronie stał już pociąg do Poznania. Wsiadłam. Zajęłam miejsce w pustym przedziale. Po chwili dosiedli się do mnie dwaj mężczyźni. Opaleni, zakurzeni, również zamaskowani. Dowiedziałam się od nich jedynie tego, że wracają z Kostaryki i że przez zawieszenie ruchu lotniczego są już w drodze powrotnej od 30 godzin. Ja wówczas mogłam pochwalić się jedynie połową ich imponującego stażu.

Do naszego przedziału wszedł konduktor.

Państwo przekraczali granicę?

Tak. usłyszał od całej naszej trójki.

To co nic nie mówią?! Tak sobie wchodzą i im się wydaje, że mogą se tak usiąść byle gdzie?! Natychmiast proszę się przenieść do wagonu pierwszego, tam jest izolatka dla tych z kwarantanną!

„Nic nie mówią, bo jechali już dzisiaj dwoma pociągami, dwoma autobusami, dwoma taksówkami, lecieli samolotem i do tej pory nikt nigdzie tego nie wymagał”, pomyślałam, ale w porę ugryzłam się w język. Żeby dostać się do pierwszego wagonu, musieliśmy przejść przez cały pociąg. Nie jestem ekspertem w dziedzinie epidemiologii, ale czy nie byłoby bezpieczniej pozwolić nam po prostu siedzieć w tym przedziale?

Poszłam przodem, zajęłam pusty przedział. Towarzysze z poprzedniego już się do mnie nie dosiedli. Tam ponownie wita mnie ten sam konduktor.

A pani co tu?!

Przecież pięć minut temu kazał mi się pan przenieść do jedynki. odpowiadam.

Proszę natychmiast się przenieść do wagonu numer dwa. zakomenderował.

Ale przecież podróżuję z zagranicy, mówił pan że wagon pierwszy jest izolat…

Proszę ze mną nie dyskutować! przerwał mi konduktor Nie spodziewałem się, że tylu was będzie! Do wagonu drugiego, w tej chwili!

Chciałabym jeszcze kupi bil…

Nie teraz. To jak wrócę.

Nie wiedziałam, jaki ten proceder przenoszenia mnie z wagonu do wagonu miałby mieć sens, nawet przy założeniu, że z zagranicy wraca więcej osób niż zakładano. Przecież i tak jechałam w pustym przedziale. Wywróciwszy oczami po raz kolejny zwinęłam ładowarkę, do której podłączyłam telefon, wzięłam plecak, zarzuciłam na siebie kurtkę i kierowałam się w stronę dwójki.

Wyjechaliśmy wreszcie z terenu zabudowanego i w końcu mogłam skorzystać z toalety. Poszłam tam jeszcze zanim się usadowiłam w jakimkolwiek przedziale. Po wyjściu z WC natykam się na konduktora po raz kolejny.

A pani co tu?! Nie w izolatce?!

Nie mogłam uwierzyć w absurd tej sytuacji.

Jeny no, przecież przed chwilą rozmawialiśmy w jedynce i przegonił mnie pan tutaj! moja cierpliwość powoli się kończyła.

Dobra, dobra, dobra, przekrzykiwał mnie cały czas po prostu idź do jedynki! powiedział, po czym kazał mi wypełnić identyczny formularz, jaki już wypełniałam na granicy. Od tamtej pory go nie widziałam. Nie przyszedł już, jak obiecał, żeby mi sprzedać bilet. Kolejna podróż pociągiem za darmo.

Wysiadłam w końcu w Poznaniu. Przeszłam na drugą stronę chlebaka na przystanek autobusowy, skąd złapałam 151 do domu. Poznań był miastem duchów. Jechałam niemal pustym autobusem, a osoby, które po drodze widziałam, mogłabym policzyć na palcach. Jestem dumna z mojego miasta, że tak poważnie potraktowało zalecenie niewychodzenia z domu.

Łóżko, na które padłam chwilę po tym jak przekroczyłam próg domu, sprawiało wrażenie najwygodniejszego na świecie. Nigdy nie jadłam też nic lepszego, niż zupa pomidorowa, którą zostałam po przyjeździe uraczona. Mama natychmiast kazała mi wrzucić do pralki ubrania, które były potencjalnymi nośnikami wirusa i wziąć długi prysznic. Wreszcie po kilkunastu godzinach tułaczki mogłam odetchnąć. Przysięgam, nigdzie nie ma jak w domu!

Podsumowując.

Do Poznania dowiozły mnie:
1 samolot
2 taksówki
3 pociągi
4 autobusy
… i własne nogi.

Za całą podróż zapłaciłam łącznie ok. 600 zł, z czego cena lotu to niecała połowa
(nie brałam pod uwagę kosztów lotów, które mi przepadły przez zawieszenie ruchu lotniczego, ponieważ w dalszym ciągu liczę na ich zwrot).

Pozdrawiam Was, drodzy czytelnicy, z kwarantanny! Na razie znoszę ją lepiej niż sądziłam. Trzymajcie się ciepło! Nie panikujcie. Zostańcie w domach. Będzie dobrze. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s