O tym jak zaangażowałam się w wolontariat dla nieuczciwej fundacji.

Odkąd w wieku osiemnastu lat zachłyśnięta wizją wielkiego i szerokiego świata, zapragnęłam wzięcia udziału w wolontariacie w domu dziecka w Ugandzie, a następnie natrafiwszy przypadkiem na dokument o tak zwanej wolonturystyce* w sierocińcach, do niczego w życiu nie podchodziłam z taką ostrożnością, jak do wspierania akcji charytatywnych. Wiąże się z tym nawet kilka anegdot. Któregoś dnia pod dworcem Waterloo w Londynie zaczepił mnie wolontariusz pewnej irlandzkiej fundacji, który zbierał datki do puszki. Nie spieszyło mi się, więc poprosiłam go, żeby dał mi parę minut na sprawdzenie jego organizacji w internecie. Miała aktualną stronę internetową, odpowiednik numeru NIP, zakładkę „kontakt”, pisano o niej w mediach, jednym słowem: wiarygodna. Jednak miałam wątpliwości co do jednej z ich form pomocy, o której wcześniej czytałam w internecie jako o szkodliwej, więc chciałam moją rozterkę skonsultować z kwestującym chłopakiem. Ten nie był w stanie odpowiedzieć na żadne z moich pytań, w związku z czym nie mogłam z czystym sumieniem wesprzeć jego sprawy.

* Tego konkretnego dokumentu nie znalazłam, ale tu jest inny, przykładowy [KLIK]

Im bardziej zagłębiałam się w temat etycznego wolontariatu i potencjalnie szkodliwej pomocy, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ta sprawa jest złożona.

Widziałam już multum akcji uświadamiających, nawołujących do niedawania żebrzącym dzieciom cukierków, bo te często nie mają potem możliwości umycia zębów. Inny bloger napisał o tym, jak wysyłanie ubrań do Afryki zabija lokalny przemysł tekstylny. Pewna Instagramerka zrobiła relację o tym, jak akcje humanitarne wysyłają do biednych krajów artykuły szkolne, które po jakimś czasie się zużyją, a społeczność jest zostawiona sama sobie z problemem plastikowych śmieci.

Kiedy spytałam o to wszystko Elizabeth – Zambijkę, która sama prowadzi zbiórki ubrań, książek i artykułów szkolnych dla swoich uczniów, powiedziała mi, że pierwsze słyszy. Niektórych jej podopiecznych zwyczajnie nie stać na ubrania, więc gdyby nie pomoc z zewnątrz, dzieci nadal chodziłyby bez skarpet i w dziurawej koszulce, a ich rodziny i tak by nie wsparły lokalnego biznesu, no bo jak? Kiedy indziej, podczas innej rozmowy powiedziała, że często daje uczniom słodycze za osiągnięcia w nauce. Zapytana o plastikowe odpady tylko zmarszczyła brwi pytając „Co? Czemu to miałby być problem?”. Znajomość z nią uświadomiła mi, że problem niedźwiedzich przysług filantropów bynajmniej nie jest tak zerojedynkowy, jak przedstawiają go ci, którzy szerzą ideę etycznego podróżowania.

Jednak wszystkie źródła były zgodne co do jednego. Należy trzymać się z dala od wolonturystyki, do której trzeba dopłacać grube tysiące. Na rynku działa od groma firm, które za 10 000 zł zabiorą Was na zmieniający życie wolontariat do biednych krajów. W czym problem? Klientami takiej działalności jesteśmy my – ludzie zachodu. To pod nas i nasze doświadczenie taki wolontariat będzie zorganizowany, a „pomoc” dla lokalnej ludności w tym wszystkim będzie znikoma, żadna, albo wręcz ujemna. Po pierwsze, wyobraźcie sobie, że do Polski przyjeżdża dwudziestoletni, dajmy na to, Chińczyk. Bez kwalifikacji, jedynie po liceum. Nieznający polskiego. Przekracza próg domu dziecka i oznajmia, że chciałby być wolontariuszem i bawić się z dziećmi. Wchodzi do szkoły i mówi, że chętnie pouczyłby angielskiego. Zapewne w każdej z tych lokacji osoba, z którą by taki Chińczyk rozmawiał, popukałaby się w czoło i go odprawiła. Tymczasem w krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji południowo-wschodniej tacy turyści są wpuszczani bocznymi drzwiami. Dzieci, które ci będą uczyć angielskiego przejdą przez potwornie chaotyczny i niespójny tok nauczania, gdyż nauczyciel będzie im się zmieniał co miesiąc. Podopieczni domów dziecka, których ci będą przytulać, co miesiąc będą słyszeć „Nigdy Cię zapomnę!”, po czym będą dostawać kolejnego białego opiekuna z selfie stickiem w ręku. A pieniądze zostaną rozdzielone między firmę wolonturystyczną i lokalnych oligarchów.

Dlatego decydując się na zagraniczny wolontariat tak ważnym jest, żeby uprawiać go pod skrzydłami zaufanej osoby, albo organizacji. Takiej, która faktycznie stawia na pierwszym miejscu działalność dobroczynną, nie doświadczenie wolontariusza, czy pieniądze.

[KLIK]

Nie zliczę, w ile wolontariatów sama byłam w życiu zaangażowana. Dziś po tym przydługim wstępnie chciałam opowiedzieć o jednym. O fundacji, w której przez dwa miesiące pełniłam funkcję ambasadora dobrej woli, a która od początku wzbudzała we mnie masę podejrzeń.

***

Wraz z gromadą zuchową zorganizowałam zbiórkę, podczas której zabraliśmy dzieciaki na zakupy do Tesco, żeby kupić plecaki, skarpety i artykuły szkolne dla uczniów Masandiko Commutity School pod Chinsali w Zambii. Szkołę tę wybudowała i prowadzi moja wspomniana wcześniej przyjaciółka – Elizabeth. Jeszcze tego samego dnia wieczorem wrzuciłam na fanpage gromady relację z tego wydarzenia. Dla poklasku? Raczej dla inspiracji dla innych jednostek z naszego środowiska harcerskiego i dla informacji dla rodziców zuchów. Nikt z zewnątrz nawet nie wiedział, że ja za tym stałam. Elizabeth udostępniła te zdjęcia na swoim prywatnym profilu, oznaczyła mnie i publicznie mi podziękowała. Było mi bardzo miło.

Chwilę później dostałam powiadomienie o zaproszeniu do znajomych od niejakiego Thomasa (imię zmienione). Nie mam w zwyczaju przyjmowania zaproszeń od nieznajomych, więc je odrzuciłam. Mężczyzna jednak nie dawał za wygraną. Ile razy odrzuciłam jego zaproszenie, lub je ignorowałam tyle razy on je wysyłał ponownie. Mieliśmy jednego wspólnego znajomego. Elizabeth. Spytałam ją więc, kim jest ten człowiek. Odpowiedziała „To mój znajomy z rodzinnych stron, LOL”.

W końcu po dziewięciu dniach znudziła mi się ta zabawa w kotka i myszkę i dla świętego spokoju zaakceptowałam zaproszenie, skoro Thomasowi z jakiegoś powodu tak bardzo mu zależało na tym, by być moim znajomym. Po chwili dostaję od niego wiadomość.

Cześć Joanno, jak się masz?

Zignorowałam. Myślałam wówczas, że to jeden z tych mężczyzn, który dwie wiadomości później wyśle mi zdjęcie intymnych części ciała.

Jestem szefem organizacji pozarządowej pomagającej kobietom, dzieciom i młodzieży w Zambii. Chciałbym nawiązać z Tobą współpracę. Dzięki temu moglibyśmy dotrzeć do większej liczby osób. w tym miejscu Thomas podał swój numer telefonu i adres e-mail. Wspieram wdowy, sieroty i osoby niepełnosprawne od 22 lat, wiele z nich dzięki moim programom miało szansę ukończyć studia. Organizuję również darmowe kursy zarządzania, obsługi komputerów i rybołówstwa. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś zechciała do nas dołączyć. Razem możemy zmienić Świat. Dziękuję.

Wmurowało mnie. Moje pierwotne założenia odnośnie jego intencji nie mogły być bardziej chybione.

Dzień dobry, dziękuję za wiadomość. zaczęłam. A na czym nasza współpraca miałaby polegać?

Dziękuję Joanno. Chciałbym, żebyś została ambasadorką dobrej woli fundacji ABCD.

Thomas wysłał mi zdjęcia dwóch gazet z artykułami na temat jego i fundacji. Jakość ujęć nie pozwoliła niestety na przeczytanie niczego poza nagłówkami. Następnie wysłał serię zdjęć z zakończenia szkoły podopiecznych fundacji.

W trakcie rozmowy na Messengerze, przeczesywałam fanpage fundacji na facebooku i prywatny profil Thomasa. Wszystko wyglądało pięknie i wiarygodnie. Zdjęcia roześmianych afrykańskich dzieciaczków, które właśnie otrzymały szkolne podręczniki, relacje z uroczystości, ujęcia robione podczas posiłków w sierocińcach, urocze noworodki, świadectwa szkolne, a to wszystko przeplatane historiami byłych podopiecznych fundacji i wolontariuszy. Przy okazji okazało się, że w ABCD swego czasu działały… Elizabeth i jej siostra! Trudno o lepszy certyfikat jakości.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Dowiedziałam się, że miałabym inicjować akcje zarobkowe w Europie i całą sobą promować fundację. Zaoferowałam w tym momencie swoje usługi w zakresie projektowania graficznego. Fundacja miała logo ewidentnie stworzone w automatycznym generatorze, nie miała strony internetowej i absolutnie żadnych grafik. PDF ze szczegółowymi informacjami o fundacji również wołał o pomstę do nieba. Kiczowate gradienty, brak jakiejkolwiek siatki, zdjęcia rozciągane w pionie i w poziomie, kolumny tworzone za pomocą enterów, a justowanie przez wielokrotne spacje. Zdjęcia, których piksele można by bez problemu policzyć, część z nich nachodziła na tekst. Logo wklejone z białym tłem na kolorowy gradient. Jednym słowem – piekło estety.

Ponieważ fundacja nie posiadała strony, nie mogłam sprawdzić, czy i pod jakim numerem zambijskiego odpowiednika NIP i REGON jest zarejestrowana. Poprosiłam Thomasa, by mi taki numer podał. Nie miał pojęcia, o czym mówię. Ponownie wysłał mi zdjęcia gazet, które o nim pisały na dowód, że fundacja działa legalnie. Niestety to mi nie wystarczało. Poprosiłam o prawomocny dokument potwierdzający rejestrację fundacji. Wysłał mi skan. Wszystko wyglądało jak najbardziej autentycznie, tylko że inicjały pełnej nazwy organizacji składały się na ABED, nie ABCD. Ale z jakiegoś powodu głupio mi było wówczas o to pytać.

Zgodziłam się. Thomas – znajomy Elizabeth, filantrop, działacz społeczny wydawał się wspaniałym człowiekiem. Ale zaznaczyłam, że wolałabym zacząć pracę dla niego za dwa tygodnie, kiedy zamknę zrzutkę i wydrukuję 100 kolorowanek, które miałam wysłać do uczniów szkoły Elizabeth. Zaoferowałam się od razu, że zbuduję fundacji stronę internetową. Ten pomysł został przyjęty przez Thomasa bardzo entuzjastycznie.

Następnego dnia dostałam od Thomasa kilka wiadomości, godzina po godzinie. Pytał, jak się ma moja rodzina, poinformował mnie, że właśnie przyjął do domu dziecka dziewczynkę po przejściach, że zaraz jedzie dowieźć mleko modyfikowane swoim podopiecznym i że Bóg jest z nimi. Odpisałam, że dziękuję za te wiadomości, ale jak już wspomniałam, mam w siwy dym z promowaniem zrzutki i składaniem do kupy projektu, który miałam w tamtej chwili na tapecie – kolorowanki.

Każdego dnia dostawałam od niego wiadomości. Że pilnie potrzebują strony internetowej, że chciałby, żebym jednak zaczęła już teraz, że niedługo zakończenie roku szkolnego i będą szyć suknie na bal dla podopiecznych i potrzebuje 4500 zł na materiały.

4500 zł?! Zapewne Thomasowi wydaje się, że my – Europejczycy, jesteśmy w stanie wydać taką kwotę lekką ręką. Niestety nawet gdybym chciała im to przekazać, nie miałam takich możliwości finansowych. To też mu powiedziałam.

Dni mijały, a ja dostawałam od Thomasa coraz więcej wiadomości. Coraz więcej próśb o pieniądze. Wówczas nie wydawało mi się do dziwne – w końcu nie wykarmi wychiwanków domów dziecka miłością. Nie podobało mi się, że ABCD nie miało konta w banku i Thomas domagał się przelewania pieniędzy na jego prywatne. Więc mogłabym mu wierzyć jedynie na słowo honoru, że te środki faktycznie zostaną przekazane na cele dobroczynne. Wiem, że w Polsce taka praktyka jest nielegalna, o ile nie jest się w stanie wystawić faktury, ale może w Zambii tak to funkcjonuje?

Kiedy tylko skończyłam pracę nad autorską kolorowanką, zabrałam się za tworzenie ABCD tak długo wyczekiwanej strony internetowej. Teraz oprócz codziennych próśb o pieniądze dostawałam też wiadomości z pytaniami o to, czy strona jest już gotowa. Nie, nie była. Usiłowałam wytłumaczyć Thomasowi, że witryna nie powstaje w jeden wieczór. Poza tym oprócz budowania strony miałam przed sobą masę iście kopciuszkowej pracy, jaka było usuwanie z tekstów o fundacji wielokrotnych spacji i enterów, które znalazły się tam celem, pożal się Boże, justowania i podziału na kolumny.Stworzyłam stronę główną, zakładki „nasza misja” i „o nas”. Poprosiłam Thomasa o podanie mi dokładnej liczby domów dziecka pod zarządem ABCD, ten cały czas mówił tylko o „ponad stu placówkach”. Chciałam stworzyć grafikę z mapą Zambii i naniesionymi na nią wszystkimi domami dziecka. Thomas mnie zbywał i odpowiadał tylko wspomnianym „ponad sto” i „działamy w każdej prowincji Zambii”. Nie mogłam tego zrozumieć. Czemu Thomas unikał odpowiedzi na tak podstawowe pytanie?

***

Thomas napisał do mnie krótko przed dniem kobiet, jak zawsze wymagając przelania mu pieniędzy. Tym razem na czesne w szkołach dla podopiecznych fundacji. Ponieważ 8 marca był już za kilka dni, zaproponowałam zorganizowanie zbiórki pieniędzy na Facebooku, której celem byłoby posłanie jednej kobiety na studia. Thomasowi bardzo się ten pomysł spodobał. Wysyłał mi pochwałę za pochwałą. Pisał, że pracować ze mną to wielka radość, że fundacja ze mną na pokładzie dokona wielkich rzeczy. Przygotowałam w tym celu grafikę i tekst. Doczytałam jednak w regulaminie, że żeby zbierać fundusze dla organizacji pozarządowej, musi ona wewnętrzny przejść proces weryfikacji. Poprosiłam Thomasa o to, żeby złożył wniosek o taką weryfikację, bo bez tego nie zaczniemy. Wysłałam mu nawet link i wytłumaczyłam, co dokładnie trzeba zrobić. Ten z jakiś powodów za wszelką chciał tego uniknąć. „Po co?”, „A nie da się inaczej?”, „A nie możesz powiązać z tym prywatnego konta, a potem przelać mi tych pieniędzy?”.

Nie, nie mogę. Taki jest regulamin.

Wtedy zapaliła mi się w głowie kolejna czerwona lampka. Czemu on tak bardzo boi się weryfikacji? Czyżby miał coś na sumieniu?

Czekałam niecierpliwie na jakąkolwiek wiadomość od Thomasa. Jeśli ABCD przejdzie facebookowy proces weryfikacji pomyślnie, będzie to oznaczać, że wszystkie moje podejrzenia były bezzasadne. Thomas natomiast… Przestał mi odpisywać! Tak jak jeszcze przed chwilą był bardzo aktywny, skory do pochwał i do proszenia o pieniądze, tak teraz się nie odzywał. Jednak z jakiś powodów nadal dodawał posty na Facebooku, co jeszcze bardziej wyprowadzało mnie z równowagi. Czas mijał, wszystko było gotowe to rozpoczęcia zbiórki, ale nadal nie byliśmy zweryfikowani jako funcacja. W końcu nadszedł 8 marca. Zbiórka nie ruszyła. Thomas napisał tylko na Facebooku lakoniczne „Happy International Women’s Day!”. Dzień później w końcu mi odpisał tłumacząc się, że był bardzo zajęty. Byłam wściekła. Tekst, grafika, buszowanie w regulaminach Facebooka, cały czas i wysiłek w to włożone, ostatecznie poszły na marne.

Nadal pracowałam nad stroną internetową, ale straciłam już serce do fundacji i Thomasa po tym, jak się przekonałam, z jakim brakiem szacunku spotyka się moja praca.

Przez to, że wszystkie zdjęcia na stronę podesłane mi przez Thomasa jako te „najlepszej jakości” były robione telefonem, nad każdym musiałam się pochylić w Lightroomie próbując je podrasować. Zdziwiła mnie jeszcze ich niespójność. Jedne wyraźnie wyglądały lepiej niż inne, nie wyłapałam ani jednego powtarzającego się miejsca, zdjęcia miały inne wymiary. Ewidentnie były robione przez więcej niż jedną osobę i więcej niż jeden telefon. W dodatku zauważyłam prawidłowość – Thomas albo jest na pierwszym planie absolutnie każdego zdjęcia z miejsca/wydarzenia, albo nie ma go wcale, nawet na zdjęciach grupowych.

Cały czas dostawałam prośby o pieniądze, ale na tamtym etapie po prostu za dużo rzeczy mi w fundacji Thomasa nie grało. Podsumowując:

  • Thomas nadal nie podał mi dokładnej liczby domów dziecka, które fundacja ma pod opieką. „Ponad sto” nie było dla mnie satysfakcjonującą odpowiedzią.
  • Fundacja nie miała konta w banku, Thomas obsługiwał ją ze swojego prywatnego.
  • Niekończące się prośby o pieniądze.
  • To jak Thomas się spłoszył na myśl o weryfikacji fundacji przez Facebooka.
  • Fakt, że wszystkie zdjęcia działań fundacji były robione ewidentnie przez więcej niż jedną osobę, a żadne miejsce z tych zdjęć nie pojawiało się dwa razy.
  • Brak strony internetowej.
  • Fakt, że akronim ABCD nie pokrywał się z pełną nazwą fundacji.

Jednak każdą z tych rzeczy dało się jakoś usprawiedliwić. „Zapewne w Zambii tak to funkcjonuje, muszę się wyzbyć mojego europejskiego sposobu myślenia.”, „Zdjęcia robili wolontariusze swoimi telefonami.”, „Nie każdy ma dryg do budowania wizerunku marki”.

Cały czas mocnym, i właściwie jedynym argumentem przemawiającym za uczciwością Thomasa był fakt, że swego czasu Elizabeth była wolontariuszką ABCD.

Miałam okazję z nią porozmawiać na WhatsAppie. Koronawirus dotarł do Zambii. Wówczas w całym kraju było jedynie 14 wykrytych przypadków, ale biorąc pod uwagę wszystkie problemy, z którymi ten zakątek świata się boryka: brak dostępu do bieżącej wody, brak dostępu do prądu, a co za tym idzie – do mediów i kanałów informacyjnych, ten bilans będzie stale rósł. Ponadto ok. 20% mieszkańców Zambii to nosiciele wirusa HIV. Dla nich zarażenie Covid-19 to wyrok śmierci. Ale to nie wirus miał być w trakcie epidemii największym zabójcą. Masa osób wykonujących proste prace zarabiała akurat tyle, by byli w stanie się wyżywić. Teraz, kiedy są zmuszeni siedzieć w domach, niedługo zaczną umierać z głodu.

Napisał do mnie Thomas. Powiedział, że sytuacja jest krytyczna, w sierocińcach brakuje mydła, nie wspominając o płynie dezynfekującym. Potrzebują pieniędzy na TERAZ, żeby zrobić zapas środków higieny i przetrwać pandemię bez ofiar w ludziach. ABCD ma pod opieką 200 dzieci, które się urodziły z wirusem HIV, a chyba nie muszę powtarzać, z czym to się wiąże. Spytałam, o jakich pieniądzach mowa. 20 000 zł. Na pierwszy rzut oka ta kwota nie wydała mi się dziwna, w końcu trzeba zaopatrzyć w mydło i płyn odkażający ponad 100 domów dziecka. Po raz kolejny zaproponowałam zbiórkę, tym razem nie przez Facebooka, a przez portal zrzutka.pl. Moim zdaniem odzew byłby duży, ale na wstępie można zapomnieć o 20 000 zł. Zbierzemy przy dobrych wiatrach 5 000 zł, ale już to pozwoli na zrobienie niewielkiego zapasu w każdej placówce. Thomas, jak można się domyślić, był w siódmym niebie. Miałam mu załatwić pieniądze, a tylko tego cały czas ode mnie wymagał.

Przy okazji zadałam Thomasowi pytanie, które nurtowało mnie od pierwszego dnia. Dlaczego ABCD, skoro inicjały pełnej nazwy fundacji to ABED? Odpowiedział, że zrobił błąd ortograficzny rejestrując organizację pozarządową w 2013 roku i nie chciało mu się tego odkręcać. Potem wyrobił już swojej fundacji markę, jej nazwa z błędem była drukowana na szkolnych świadectwach i teraz jest już na to za późno. Szokowało mnie takie niechlujstwo.

Pracowałam nad grafiką, a w tym czasie byłam wręcz zalewana pochlebnymi wiadomościami. Że jestem aniołem zesłanym fundacji przez Boga i że Thomas bardzo się cieszy, że ma mnie w drużynie. Jednak z czasem te wiadomości stawały się coraz bardziej niecierpliwe i ponaglające. Już po kilku godzinach szef fundacji zmienił ton na „Czy zbiórka już się zaczęła?”, „Kiedy można liczyć na przelew?”, „Joanno, nie ociągaj się, 60 000 sierot czeka na środki czystości!!!”.

I tu zapaliła mi się ostatnia, najbardziej niepokojąca czerwona lampka.

Fundacja ma 60 000 podopiecznych w domach dziecka?! A samych domów dziecka ma „ponad 100”?! Przecież to by oznaczało 600 podopiecznych na sierociniec, a to niewiele mniej niż liczba uczniów mojego gimnazjum, największego w Poznaniu. Każdy rocznik był podzielony na 30-osobowe klasy od A do H. Stanął mi przed oczami gmach tamtej szkoły. Był ogromny. Mieścił 700 osób, ale w ławkach, lub na stojąco. Uroczystości szkolne odbywały się tam na trzy zmiany, bo hol nie był w stanie pomieścić więcej niż 1/3 uczniów. A Thomas musiałby takiej liczbie dzieci zapewnić miejsce do spania, do jedzenia, do umycia się i do zabawy.

Jeśli te dane nie brzmią wystarczająco nieprawdopodobnie, po chwili googlowania dotarłam do danych serwisu http://www.domydziecka.org mówiących, że w Polsce żyje w tej chwili ok. 96 000 sierot. Populacja Zambii jest dwa razy mniejsza niż Polski, jednak ci pierwsi cieszą się nieporównywalnie większą dzietnością. Nawet biorąc to na poprawkę, wychodziłoby, że Thomas sam jeden ma pod opieką prawie wszystkie sieroty w kraju, a to niemożliwe.

Thomas twierdził też, że ma „tylko” 200 podopiecznych żyjących z wirusem HIV. Biorąc pod uwagę statystyki dziedziczenia wirusa, w domach dziecka Thomasa z 60 000 podopiecznych nosicielami powinno być 4 800 – 6 000. Nawet przy najbardziej naciąganych i zaokrąglanych w dół obliczeniach nie wychodzi liczba 200.

W końcu zdecydowałam się napisać do Elizabeth i zapytać ją wprost. Można ufać Thomasowi? Od początku podchodziłam do sprawy z dużą ostrożnością, a teraz moje wątpliwości nawarstwiły się tak bardzo, że nie jestem mu już w stanie z czystym sumieniem pomagać. Elizabeth była wyraźnie zmartwiona.

Poznałam Thomasa przez przyjaciół. zaczęła. Byłam u niego wolontariuszką. Musiałam rzucić szkołę, bo nie było mnie stać czesne, a on mamił mnie obietnicami zapłaty za edukację. Zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi, moja siostra też dołączyła do fundacji. Zbywał mnie latami i ostatecznie nie dał mi ani grosza. A kiedy przeprowadziłam się do Chinsali i wybudowałam szkołę, nagle sobie o mnie przypomniał i wysłał nam karton podręczników. Kiedy moja siostra wyprowadziła się na wieś, Thomas napisał na Facebooku, że otworzył nowy dom dziecka w jej okolicy, a nic takiego nie miało miejsca. Ostatnio dodał post o tym, że byłam jego wolontariuszką to stamtąd się o tym dowiedziałam! i szantażował mnie, żebym wysłała mu zdjęcia szkoły i głodujących dzieci z wioski, żeby mógł kłamać, że otworzył placówkę tu, w Chinsali. Powiedziałam, że gdyby faktycznie pojawił się w okolicy i taki dom dziecka otworzył, zamiast tylko lansować się na Facebooku, rozważyłabym to. Wkurzył się na mnie i przestał wypisywać.

Czytałam i nie wierzyłam. Elizabeth nigdy wcześniej nie wspominała o tym, że musiała rzucić szkołę przez problemy finansowe. A w kwestii Thomasa, nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Zdjęcia, które mi przysłał, tak się różniły, bo pochodziły z różnych części kraju i od różnych osób, niekoniecznie związanych z fundacją. Spytałam, co sądzi o jego prośbie o datek na środki czystości.

Nie ma prawa prosić Cię o pieniądze! Zambijski rząd w ramach walki z pandemią zaopatruje wszystkie domy dziecka w płyn dezynfekujący, więc Thomas nie potrzebuje na to pieniędzy z Europy. Po prostu próbuje wykorzystać sytuację.

O kurde. odpisałam po chwili. Miałam nadzieję, że mnie uspokoisz, że Thomas ma dobre zamiary, a to wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie.

Ja mu zdecydowanie nie ufam! powiedziała. Zróbmy tak. Powiesz mu, że przelejesz mi pieniądze, a ja osobiście dostarczę mu płyn dezynfekujący. I uważaj na niego!

Już wtedy wiedziałam, że im szybciej zerwę kontakt z Thomasem i fundacją, tym lepiej. Nie mogę przecież działać w imieniu kogoś, komu nie ufam.

Dobrze zrobiłaś, że nie wysłałaś mu żadnych pieniędzy! Nie kupowałaś jeszcze żadnego mydła, ani płynów, prawda? spytała.

Nie. Thomas kazał mi zorganizować zbiórkę. Jeszcze z nią nie wystartowałam, ale mogę to zrobić w każdej chwili.

NIE, NIE RÓB TEGO! odpowiedziała stanowczo.

Więc mam mu powiedzieć, żeby się z Tobą skontaktował?

Tak, to najlepsze wyjście. Bądźmy w kontakcie!

***

Tak też zrobiłam. I co tu dużo mówić? Thomas wściekł się. Bo co to ma znaczyć, że dostanie płyn dezynfekujący, a nie obiecane pieniądze?! I dlaczego angażuję w to osoby trzecie, nawet jeśli są to osoby związane z fundacją?! Nie miałam już cienia wątpliwości, że facet jest oszustem.

***

I co? napisałam do Elizabeth. Skontaktował się z Tobą?

Elizabeth wysłała mi screena wiadomości, w której Thomas tłumaczy jej, że musi zapewnić 60 000 dzieci środki higieny.

60 000, jasne xD skomentowała tę liczbę. Umówiłam się z nim, że dostarczymy mydło i płyn dezynfekujący do domów dziecka w całym moim województwie. A rząd dostarcza środki higieny za darmo.

To jaka ma być w tym moja rola? spytałam. Thomas nie wspomniał ani słowem o wsparciu od rządu.

Żadna. Wszystkim się zajmę. Thomas chciał Cię zwyczajnie oszukać i wyciągnąć od Ciebie pieniądze, masa ludzi próbuje się wzbogacić na tym kryzysie, zasłaniając się biednymi dziećmi.

Byłam rozczarowana, ale nie zaskoczona. Cały czas miałam wątpliwości, cały czas byłam uważna i jak widać, całe szczęście. Pół biedy, gdybym któregoś razu uległa i przelała mu moje własne pieniądze, ale chyba do końca życia bym się biła w pierś, gdyby ostatecznie któraś z tych zrzutek się odbyła, a ja bym namówiła swoich znajomych, żeby je wsparli…

Niemal natychmiast wysłałam Thomasowi wiadomość o gabarytach powieści, w której wygarnęłam mu wszystko, co mniej lub bardziej bezpośrednio wskazywało na to, że jest oszustem informując go również, że rezygnuję z funkcji ambasadorki dobrej woli. Z zapartym tchem czekałam na odpowiedź. Byłam arcyciekawa jego wyjaśnień, w jaki sposób mieści 600 podopiecznych w jednym domu dziecka, dlaczego bał się weryfikacji i jakim cudem nie wiedział o rządowym programie dystrybucji środków higieny.

Czekałam całe dwa dni, ponoć Thomas był bardzo zajęty. Dowiedziałam się, że liczba 60 000 to nie tylko dzieci przebywające w domach dziecka (jak wyraźnie wynikało z pierwszej wiadomości, w której padła owa szóstka z pięcioma zerami), gdyż wśród jego podopiecznych są też dzieci mieszkające z dziadkami, lub rodzeństwem, którzy nie mają żadnych dochodów i których Thomas utrzymuje. Oczywiście wyparł się zarzutów przywłaszczania pieniędzy, których swoją drogą nawet nie sformułowałam. Istnieje przecież szansa, że facet jest czysty jak łza i wszystko co wyciągnie od Europejczyków przeznacza na działalność charytatywną, jednak nie ma wątpliwości co do tego, że kłamie, kilkukrotnie zawyża statystyki fundacji i posługuje się cudzymi zdjęciami do promocji swoich działań, a to nieetyczne nawet kiedy ma się najczystsze intencje. Kilkukrotnie podkreślił w swoich wiadomościach, że pieniądze zebrane przez ambasadorów to kropla w morzu funduszy ABCD, gdyż to ON Z WŁASNEJ KIESZENI karmi i zapewnia byt 60 000 dzieci i że przekazuje na działalność dobroczynną 90% swojej pensji.

Szybka matematyka. Pensja minimalna w Zambii to 172 zł na miesiąc. Ta kwota starcza na jedzenie, ale na nic więcej (tak mówiła Elizabeth), więc można przyjąć, że tyle kosztuje wyżywienie dziecka w sierocińcu. Więc utrzymanie 60 000 dzieci przez miesiąc kosztuje… 10 320 000 ZŁ (słownie: DZIESIĘĆ MILIONÓW TRZYSTA DWADZIEŚCIA TYSIĘCY ZŁOTYCH). A skoro to jest 90% pensji Thomasa, musi on miesięcznie zarabiać… 11 466 667 zł! Upewniłam się na potrzeby tekstu, jego nazwisko na pewno nie widnieje na liście najbogatszych Zambijczyków.

Lęk przed weryfikacją wytłumaczył tym, że ponoć wszyscy zagraniczni wolontariusze mu do odradzali. Primo, niby dlaczego mieliby to odradzać?! Secundo, oprócz mnie Thomas miał tylko jedną zagraniczną wolontariuszkę, z Wielkiej Brytanii. Wiem, bo prosił mnie, żebym umieściła listę zaangażowanych w działanie fundacji na stronie internetowej. Tertio, odpisywał mi wówczas natychmiast, na pewno nie miał czasu się z nikim konsultować. Nie omieszkał przypomnieć, że został swego czasu odznaczony przez prezydenta i że pisały o nim gazety, choć moim skromnym zdaniem zwyczajna uczciwość byłaby lepszym dowodem jego wiarygodności, niż jakiekolwiek Lusaka Times.

I tak moja historia się kończy. Dzięki temu, że byłam czujna, straciłam jedynie czas, nie pieniądze, czy zaufanie znajomych, lub obserwujących. Zatem na koniec. Zanim zaangażujecie się w wolontariat dla fundacji, pamiętajcie o kilku rzeczach:

  1. Upewnijcie się, że organizacja jest zarejestrowana. Jeśli fundacja działa w Polsce, powinna mieć numery KRS, NIP i REGON podane w zakładce „kontakt”. Żeby upewnić się, że nie są to losowe cyferki, albo że nie jest to zawieszona, lub upadła działalność, możecie ją wyszukać po którymś z tych numerów na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości [KLIK]. Jeśli jednak jest to fundacja z zagranicy, poszukajcie informacji na temat zasad rejestracji działalności w danym kraju.
  2. Sprawdźcie w internecie opinie o fundacji. Jeśli to możliwe, przyjrzyjcie się kontom osób wystawiających oceny. Jeśli większość kont jest pusta, albo oceniający pochodzą z kraju niezwiązanego z fundacją, istnieje duże prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z kupionymi opiniami.
  3. Jeśli macie wątpliwości odnośnie działań fundacji, nie bójcie się ich konsultować ze swoimi zwierzchnikami. Domagajcie się odpowiedzi na pytania, a jeśli będziecie zbywani, traktujcie to jak sygnał ostrzegawczy.
  4. Zdobądźcie szczegółowe informacje na temat tego, w jaki sposób fundacja pomaga swojemu podmiotowi i konsultujcie wszelkie niejasności.
  5. Poczytajcie w internecie o szkodliwych formach „pomocy” i upewnijcie się, że Wasza organizacja działa etycznie.
  6. Skoro mowa o etyce, angażujcie się tylko w pomoc takim fundacjom, których głównym celem jest działalność dobroczynna, a nie zabawianie wolontariuszy.
  7. Jeśli zostaniecie zaangażowani w zbieranie datków, upewnijcie się, że fundacja załatwiła Wam odpowiednie zezwolenia i nie zostajecie rzuceni straży miejskiej na pożarcie. Nie bójcie się poprosić zwierzchnika o pokazanie takich zezwoleń.
  8. Jeśli macie wątpliwości, czy fundacja rzeczywiście wydaje pieniądze na to, na co twierdzi, że wydaje, możecie poprosić o pokazanie faktur. Macie prawo do ich wglądu na podstawie art. 4 ust. 1 pkt. 5 ustawy o dostępie do informacji publicznej, ale niewykluczone, że sama prośba nie wystarczy i będziecie musieli wysłać pisemny wniosek.
  9. NIE DAJCIE SIĘ WMANEWROWAĆ W ZBIERANIE DATKÓW NA SWOJE PRYWATNE KONTO BANKOWE.
  10. Bądźcie uważni. Miejcie oczy szeroko otwarte, ale przede wszystkim…
  11. … bądźcie dobrzy. |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s